Bez kategorii

Episode #159: ” Nowy miesiąc, więc czas na Nową Fantastykę – 06/2017

nowafantastyka06

Tytuł: „Nowa Fantastyka”

Wydawca: Prószyński i S-ka.

Numer: 06/2017

Format: Miesięcznik.

Data premiery: 25.05.2017

Liczba stron: 84.

Nowy miesiąc, więc czas na comiesięczną dawkę dobrej fantastyki. W tym numerze znajdziecie przede wszystkim opowiadania z krainy Amberu, które to mnie oczarowały i przypomniały, jak dobra jest twórczość Roberta Zelaznego. Jeśli nie mieliście okazji sięgnąć po „Kroniki Amberu”, serdecznie polecam. Cykl powieści jest nie tylko rewelacyjnie napisany, ale przede wszystkim jest to fantasy przez duże „f”. Jeśli chodzi o polską prozę, to moją uwagę przykuł tekst Magdaleny Kucenty „#Eudajmonia”. Ciekawa koncepcja, połączona z całkiem wprawnym i ciekawym prowadzeniem akcji. Polecam zapoznanie się z tym tekstem, gdyż będzie on dla Was na pewno pewnego rodzaju gratką.

Poza tym, bardzo przyjemny tekst Marcina Weincetela o upiorach z ekranu, które mimo upływu lat, nadal trochę straszą oraz nieco nostalgiczny artykuł o obywatelu McKwaczu dopełniły przyjemności lektury, jak zresztą co miesiąc. Z miłą chęcią zaglądam też do rad pana Piskorskiego na temat pisania. Sama troszkę piszę, więc rady „kolegów po fachu” są dla mnie cenne.

Dla fanów Brandona Sandersona, obszerny wywiad, w którym to autor opowiada co nie co o swojej twórczości, sposobie pracy i tworzeniu własnej marki na rynku wydawniczym. Wywiad godny uwagi.

Nie mogę też nie wspomnieć o tekście Jerzego Rzymowskiego o „Egzorcyście”, który przeżywa swoją „drugą młodość”. Nakładem wydawnictwa Vesper ukazała się uzupełniona wersja tego klasycznego już horroru, który budzi skrajne emocje. Dla mnie jest on przerażający i mimo upływu lat, ma w sobie pewnego rodzaju magię. ( Ale o tym napiszę szerzej w kolejnej notce.)

Jak zwykle, znajdziecie w numerze kilka ciekawych komiksów, recenzji gier i książek oraz zapowiedzi kolejnych dobroci, które już za miesiąc ujrzą światło dzienne.

Jednym słowem, polecam ten numer szczególnie tym, którzy lubią dobre fantasy, z powodu opowiadań Rogera Zelaznego a także fanom dobrego sci-fi, gdyż znalazło się tu kilka tekstów, które mogą przypaść do gustu miłośnikom właśnie tego nurtu.

Z czytelniczym aloha,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #158 : Z cyklu komiksowe-love, „Deadpool się żeni!”

Dzień dobry,  cześć i czołem, drodzy!

Mimo, iż emocje po Warszawskich Targach Książki jeszcze nie opadły, czas powrócić do „szarej rzeczywistości” i wziąć się do roboty. Na pierwszy ogień dziś przychodzę do Was z jedną z moich ukochanych form literackich czyli z komiksem. Wiem, że niewiele o tym pisałam na blogu, ale postaram się nadrobić. Może wreszcie uda mi się rozpocząć na dobre moją działalność vlogową, jednak nie mogę nic obiecać. Tymczasem, zachęcam Was do zapoznania się z nowym odcinkiem „Deadpoola”, jednego z moich ukochanych komiksów. ( Tak, jestem trochę spaczona, bo lubię psychopatów, cóż zrobić…) Bez zbędnego biadolenia, zapraszam do lektury!

Deadpool

Wydawnictwo: Egmont
Miesiąc wydania: 5/2017
Tytuł oryginalny: Deadpool: Wedding of Deadpool
Wydawca oryginalny: Marvel Comics
Rok wydania oryginału: 2014
Liczba stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Szósty z serii zeszyt z przygodami szalonego Deadpoola trafił do księgarni w połowie maja. Po hucznym weselu i miesiącu miodowym spędzonym w Japonii, wszystko zdaje się układać w tradycyjny „happy end”, lecz autorzy scenariusza postanowili, że jednak szczęście, jakie ogarnęło tego dość ekscentrycznego bohatera nie mogło trwać długo i zmory z przeszłości dały się we znaki.

Co z tego wyniknie? Czy żona wytrzyma uczuciowy rollercoaster i wybaczy mu błędy? A może sama się z nimi rozprawi? Tego wszystkiego dowiecie się, sięgając po najnowszy tom przygód „Deadpoola”. Za scenariusz tego albumu odpowiadają Brian Posehn (popularny amerykański komik znany z kina i telewizji) i Gerry Duggan (Hulk, Nova, Hawkeye vs Deadpool). Rysunki stworzyli zaś Mike Hawthorne (Queen & Country) oraz Scott Koblish (Deadpool’s Art of War).

„Deadpool” nie jest dla wszystkich. Każdy, kto choć raz miał do czynienia z tym bohaterem Marvela, może mieć mieszane uczucia. Jedni go uwielbiają za naprawdę specyficzne poczucie humoru, a inni uważają, że jest tylko kolejnym idiotą w uniwersum, które i tak ma przesyt postaci.

Co mi osobiście podoba się we wznowieniach „Deadpoola”, to kreska i naprawdę dobre tłumaczenie. Choć nadal obstaję przy tym, że oryginały lepiej oddają charakter bohatera, przez co lepiej można go zrozumieć. Wydawnictwo „Egmont” dołożyło wszelkich starań, by całość prezentowała się wyjątkowo ciekawie.

Podsumowując, serdecznie polecam tę część. Znajdziecie tutaj humor, dużo akcji, ciekawe postaci, które nie raz Was zaskoczą i przede wszystkim ogromną dawkę różnego rodzaju „cameos” czyli postaci, które są znane z wcześniejszych historii z uniwersum Marvela. Zarówno graficznie jak i fabularnie, całość pozwala nam zanurzyć się w tej historii aż po samą szyję. I to się ceni.

Z czytelniczymi pozdrowieniami,

Meg.

Bez kategorii

Episode #157 : Jak się update’ować i być lepszą? Radzi Anna Gruszyńska. Czyli kilka słów o „Ja, wersja 2.0”

jawersja20

Autor: Anna Gruszyńska/Toon de Kock

Wydawnictwo: SQN

Rok wydania: 2017

Liczba stron: 256

Czy czasami nie macie ochoty zrobić ogólnego restartu systemu i aktualizacji aplikacji, które w nim posiadamy? Każda z nas to przechodzi. Za dużo plików cookies, za dużo niepotrzebnych zdjęć i innych aplikacji, które nie pozwalają nam funkcjonować tak, jak powinnyśmy. Zatem, co należy zrobić? Szybkie czyszczenie dysku i upgrade naszych aplikacji, takich jak : kreatywność, ja, my – relacje w związkach, oni – relacje z otoczeniem, moje ciało – porządki w diecie.

Mogłabym tak wymieniać, ale nie o to przecież chodzi. W nowej książce Anny Gruszyńskiej, znajdziecie wszystko to, co powinna mieć wasza nowa, lepsza wersja. Znajdziecie tu rady, jak radzić sobie z narastającym stresem, co zrobić by nie podjadać i przede wszystkim, jak rozplanować wydatki, by nie płakać po dwóch dniach od wypłaty, że nie mamy za co żyć do końca miesiąca. Czyli innymi słowy, jest to bardzo sprytny poradnik, który wygląda prawie tak, jak nasz telefon, choć jest z papieru. Ma też funkcję zapisywania ważnych uwag w każdym dziale oraz naszych postępów. Dlatego nie jest to książka, którą raz się przeczyta i odłoży na półkę by ładnie wyglądała. Raczej stanie się ona naszym towarzyszem, który pomoże nam stać się lepszą wersją siebie.

Ostatnio bardzo polubiłam tego typu poradniki. Są miłą odmianą po fantastyce i komiksach, w których się zaczytuję. A ” Ja, wersja 2.0″ jest skierowana w szczególności do nastolatek, które czasem potrzebują mocniejszego kopa do działania. Choć nie ukrywam, że i ja znalazłam w tej książce kilka rad, które zamierzam zastosować w życiu  a już dawno przestałam być nastolatką.

Moim zdaniem, ten poradnik jest fajnym prezentem dla osób, które chciałyby coś zmienić a nie za bardzo wiedzą od czego zacząć. I szczerze polecam zapoznanie się tą książką, gdyż czasem warto jest wyjść spoza krąg swoich zainteresowań i sięgnąć po coś „z innej beczki” by się przekonać, czy to faktycznie coś dla nas. Jak głosi hasło, promujące tę książkę: ” Pozwólcie się przeinstalować „.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN.

 

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

Bez kategorii

Episode #156 : Netflixowe „kwiatki” czyli serialowy update vol 1. 2017

Dzień dobry, kia ora i hello!

Dzisiejsze odcinek zamierzam poświęcić serialom. Dawno nic nie pisałam o tej formie filmowej, dlatego usiądźcie sobie wygodnie, przygotujcie popcorn, colę ( i butelkę JD ;P) i zapraszam do lektury.

Wysyp seriali platformy Netflix sprawił, że za bardzo nie wiedziałam, co mam pierwsze oglądać. Dlatego postanowiłam zacząć od serialu, na który czekałam już od prawie roku, czyli na „Iron Fist” Marvela. Jest to historia o Danny’m Randzie, synu bilionerów, założycieli firmy Rand Inc. Gdy ma dziesięć lat, jego rodzice giną w katastrofie lotniczej, której jedynym ocalałym jest on sam. Chłopak zostaje znaleziony przez tajemniczych mnichów i wychowany w mistycznym mieście zwanym Khun-Lun. Tam też przechodzi katorżniczy wręcz trening, który ma na celu wyzwolenie w nim mistycznej energii, dzięki której będzie mógł pokonać odwiecznych wrogów mieszkańców Khun-Lun – tajemniczą organizację zwaną The Hand. I stać się Iron Fistem – obrońcą i strażnikiem wejścia do miasta.

Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że Danny koniecznie chciał się dowiedzieć, dlaczego jego rodzice zginęli i kto za tym stoi. W tym celu, ucieka ze swojego azylu i wraca do rodzinnego Nowego Jorku, gdzie wszyscy zdają się mieć go za jakiegoś szaleńca. Przy próbach udowodnienia, że jest tym, za kogo się podaje, zostaje uznany za wariata i oszusta… A co się dalej dzieje? Tego już musicie dowiedzieć się oglądając serial.

To, co najbardziej lubię w serialach Netflixa to sposób, w jaki je tworzą. Nie są to tasiemce po kilkaset odcinków, tylko zwięzłe formy dwunasto bądź dwudziesto odcinkowe, trwające po około godzinę. Dzięki temu, serial ogląda się z równą przyjemnością co pełnometrażowy film.

Jeśli chodzi o „Iron Fist”, to podobała mi się interpretacja oryginalnego komiksu. Przeniesienie akcji w bardziej realny świat sprawia, że serial może dotrzeć do szerszego grona odbiorców. I dzięki temu, nie tylko „geeki” komiksowe mają frajdę z oglądania ale i ludzie, którzy komiksów nie znają. Choć opinię na temat serialu są bardzo różne i dużo osób strasznie krytykuje twórców, moim zdaniem nie jest to zły serial. Dobrze się go ogląda, ma fajną fabułę, która trzyma w napięciu i jest na pewno lżejszy niż „Daredevil”.

Zostawiam Wam link do trailera, jeśli ktoś chciałby się zapoznać:

Skoro mówimy już o „Iron Fist”, to warto też wspomnieć o tym, że powstaje kolejny serial na bazie komiksów. Tym razem pod lupę idą „Defenders” czyli Iron Fist, Jessica Jones i Luke Cage. Pewnie wielu z Was nie ma pojęcia, kim są ci bohaterowie, lub słyszeliście o nich tylko dlatego, że około rok temu ( albo dwa, już teraz nie pamiętam dokładnie) zostały wypuszczone seriale z ich udziałem.

Jak to mówią, wszystko ma swój czas i miejsce. Ja dopiero w tym roku postanowiłam nadrobić te dwa dzieła, które przez wielu fanów były krytykowane lub wychwalane pod niebiosa.

Zacznę może od Luke’a. Jest to postać dość nietypowa jak na te, które możemy zaobserwować w uniwersum Marvela. Z pozoru zwyczajny facet. Ale ma jedną niezwykłą cechę. Jego skóra jest jak stal. I wiem, co sobie pomyślicie. Colossus też miał taką skórę. Owszem, lecz to był mutant, a tutaj mamy do czynienia bardziej wynikiem eksperymentu niż z jakąś mutacją genetyczną. Wiele osób mówiło, że ta adaptacja nie wyszła Netflixowi za dobrze. Że postać Luke’a jest jednowymiarowa i płaska i że generalnie nie ma co marnować czasu na ten twór, bo tylko się zawiodę. Ale z racji tego, że jestem małym rebelem, to postanowiłam sprawdzić, czy tak faktycznie jest. I tak było, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. Produkcyjnie, serial jest świetny. Ma w sobie klimat i pewnego rodzaju odniesienie do „Daredevila”, dzięki czemu można stwierdzić że historia się rozwinie. Ale niestety i tutaj się zawiodłam. Miałam wrażenie, że producenci próbowali przedstawić postać Luke’a tylko po to, by nie musieli tego robić ponownie w „Defenders”. By widz, oglądając tę produkcję mógł sobie pomyśleć: „ hej, znam już tego typka, dobra, mogę oglądać dalej”. A to trochę strzał w kolano według mnie, bo równie dobrze to, co zostało opowiedziane tutaj w trzynastu odcinkach, mogło zmieścić się spokojnie w jednym dłuższym w innej serii. Takie jest moje odczucie, ale możliwe, że się nie znam, więc zostawiam ocenę Wam.

Na dole macie trailer.

No i na finał została Jessica Jones, o której to rozpisywały się wszystkie geekowe portale jako „super, genialnym serialu”. Cóż, muszę przyznać, że Jess przypadła mi bardzo do gustu. Zarówno jako postać komiksowa, jak i serialowa. Aktorka, która wcieliła się w nią odwaliła kawał dobrej roboty i przez to mogłam przeżyć jej zmanierowany wyraz twarzy, który drażnił mnie jak nie wiem co. Jestem bardzo ciekawa, jak Luke, Jess, Danny i Matt dogadają się w „Defenders” i jak zostaną rozwiązane wszelkie wątki fabularne, które pozostały otwarte pod koniec wszystkich serii. Jeśli macie ochotę „poznać” Jessicę Jones, to na dole macie link. Polecam szczerze. Zarówno muzyka, jak i sam serial są świetne.

 

Kolejnym z tworów Netflixa, które przykuły moją uwagę był serial na podstawie książek dla dzieci zatytułowanej: „Lemony Snicket: Seria Niefortunnych Zdarzeń”. Po obejrzeniu filmu, z Jimem Carrey’em, odechciało mi się w ogóle tykać tego tematu. Strasznie zraziłam się przez ten film do serii, która jest świetna. Po wielu podejściach, wreszcie przeczytałam ją i stwierdziłam, hej, to jest dobre. To może czas zobaczyć adaptację? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Jednak, tak jak to było z „Daredevilem” tak i w tym przypadku, przełamałam się i nie żałuję. Bo serial jest absolutnie genialny! A Neil Patrick Harris ( którego możecie znać z serialu „How I met your Mother”) jest fenomenalny w roli okrutnego Olafa. Serdecznie Wam polecam ten serial, jeśli macie ciutkę dystansu do siebie i wszystkiego, co w nim jest zawarte. I nie wspomnę o wspaniałych efektach wizualnych, charakteryzacji i grze aktorskiej, która sprawia, że na moment przenosimy się w ten dziwaczny świat. Trailer na zachętę:

 

No i na koniec, pozostał serial o którym nie chciałam mówić, ale jednak muszę, bo jest „na fali”. Właśnie to był główny powód, dla którego chciałam się powstrzymać od komentarza. Hype wokół tego serialu i książki jest tak wielki, jakby co najmniej wypuszczono nowe „Gwiezdne Wojny” albo całych „Defenders” przed czasem. Wiele osób mnie namawiało, bym przeczytała książkę i obejrzała serial… No i tak zrobiłam, jednak nie rozumiem o co tyle hałasu? Dlaczego wszyscy tak się podniecają historią nastolatki, która przez nękanie w szkole popełnia samobójstwo, zostawiając za sobą kasety, na których przedstawia powody swojego postępowania… Naprawdę to jest aż tak wow, wow historia? Nie. To się dzieje codziennie. Jednak nikt tego nie zauważa i tego nie komentuje. Bo ignorancja jest najlepsza na wszystko, prawda? Jedyne co dobrego może wyniknąć z tego serialu to uświadomienie ludzi, że nękanie jest złe. I trzeba reagować, bo inaczej można skończyć tak, jak główna bohaterka. Ocenę serialu, pozostawiam Wam. Ja jakoś nie jestem do niego przekonana w żaden sposób. Główny bohater jest irytujący, historia ma potencjał na coś fajnego, lecz nie została ona odpowiednio przedstawiona według mnie… Czegoś tam zabrakło. I przede wszystkim, wiele wątków po prostu dłużyło się w nieskończoność i można je było rozwiązać odrobinę wcześniej.

 

No i to by było na tyle. Mam nadzieję, że Wam się podobało. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o serialach, o których dziś Wam opowiedziałam. I do następnego.

Adios,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #155: ” Nie sposób osiągnąć tyle poprzez odpowiednie ruchy, co dzięki sprzymierzeńcom.” czyli kilka słów o „Powstaniu” Iana Tregillisa. „

Powstanie 1500px calosc 2

Autor: Ian Tregillis.

Tytuł: „Wojny Alchemiczne: Powstanie.”

Seria: Wojny Alchemiczne.

Wydawnictwo: SQN Imaginatio.

Liczba stron: 430.

Rok wydania: 2017.

” Przytłaczają mnie emocje, których nie potrafię wyrazić – odezwał się. – Tam, skąd pochodzę, wolnych klakierów nazywa się buntownikami i dziełem demona i powtarza się, że to rzadkość. Stać spomiędzy swoimi pobratymcami, z których żaden nie trzęsie się na całym cele, popychany niemożliwym do ugaszenia przymusem poleceń ludzkich państwa, jest spełnieniem najskrytszego, hołubionego przez lata marzenia.”

Jax został odrodzony w ogniach zniszczonej Wielkiej Kuźni. Jest wolny. Jednak z wyzwoleniem wiąże się też wielkie brzemię. Jax pragnie też wolności dla swoich mosiężnych braci i sióstr a jedyną osobą, która może mu pomóc w tej niebezpiecznej misji jest mistyczna królowa Mab, mieszkająca na północy kontynentu.

Berenice pełniła funkcję Talleytanda – szpiegmistrzymi, bohaterki dziesiątków opowieści, herosa ludu Nowej Francji. Miała wszystko, a potem popełniła błąd, który kosztował ją pozycję i utratę praw obywatelskich. Jej dni są policzone, lecz zamierza za wszelką cenę odmienić losy wojny.

Mosiężny Tron planuje ponowny najazd na Francję. Ostatnim bastionem Francuzów pozostaje twierdza Zachodniej Marsylii. To właśnie tam, do obrony przygotowuje się kapitan Hugo Longchamp. Ma bardzo trudne zadanie, bo staje naprzeciw armii niestrudzonych mechanicznych…

Czy Jaxowi uda się uwolnić swoich pobratymców? Czy losy wojny są już przesądzone?

Tego wszystkiego i o wiele więcej dowiecie się z porywającej powieści Iana Tregillisa, od której nie będziecie potrafili się oderwać. Od pierwszego tomu, „Wojny Alchemiczne” były serią, która rozbudziła we mnie chęć powrotu do steampunku i oddają tę niezwykłą magię, jaką posiadają powieści właśnie z tego gatunku. Gdzie nauka miesza się z magią a konsekwencje zaburzenia naturalnego porządku świata są zawsze surowe.

„Powstanie” stanęło na wysokości zadania, ba, śmiem nawet twierdzić, ze autor poszedł o krok dalej. Wprowadził nas w niezwykły świat klakierów i ich panów, intryg politycznych mających swoje podstawy w historii oraz wykreował postaci, których przygody chce się śledzić z zapartym tchem.

Wiem, że nie wszyscy są fanami stylu steampunk, zwłaszcza we współczesnych powieściach, gdyż autorzy często zapominają o podstawowym researchu na temat epoki, o której piszą. Ale zachęcam Was do sięgnięcia po „Wojny Alchemiczne”. Jestem przekonana, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Czekam niecierpliwie na kolejny tom serii i mam nadzieję, że autor nie poprzestanie tylko na trylogii.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN Imagnatio.

 

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

Bez kategorii

Episode #154 : ” Żadna cywilizacja nie jest gotowa na swój kres” czyli kilka słów o fenomenalnej kontynuacji „Królów Dary” – „Sciany Burz” Kena Liu.”

sciana-burz-okladka-front_1500px

Autor: Ken Liu

Tytuł: ” Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu: Ściana Burz”

Wydawnictwo: SQN Imaginatio.

Liczba stron: 762.

Kuni Garu, obecnie znany jako cesarz Ragin, stara się zapewnić cesarstwu rozwój, a jednocześnie zadośćuczynić żądaniom ludu. Nie wie, jak wielka moc kryje się za mityczną Ścianą Burz. I jakie może przynieść ona konsekwencje dla Dary.

Kiedy u wybrzeży jednej z wysp pojawia się tajemniczy Lyucu ze swymi skrzydlatymi bestiami, w imperium wybucha chaos napędzany przerażeniem ludzi…Tym razem Kuni nie może poprowadzić swoich ludzi przeciwko zagrożeniu – musi radzić sobie z fałszywymi oskarżeniami i zdradą wśród najbliższych. Jedyną nadzieją dla Dary są dorosłe już dzieci cesarza, gotowe zaznaczyć swoją obecność w annałach historii. Czeka je trudne zadanie… Nadchodzą bowiem czasy przerastające wyobrażenie tak mieszkańców Wysp, jak i ich bogów.

Jeśli mam być całkowicie szczera, to „Ściana Burz” jest jedną z najlepszych książek fantasy, jakie przeczytałam w tym roku. Ma w sobie wszystko to, czego oczekuję od tego typu literatury. Magię, dziwaczne stwory, epickie walki, przepiękne krajobrazy, mistyczne wpływy bliżej nieokreślonych bóstw, wspaniały świat wykreowany przez autora w taki sposób, że chciałoby się do niego przenieść.

Powieść została podzielona na cztery części, w których dowiadujemy się zarówno o losach bohaterów z poprzedniej części, o ich dziedzictwie i problemach, z jakimi muszą się mierzyć. Poznajemy też całą plejadę barwnych i nieco tajemniczych postaci, które sprawiają że lektura jest jeszcze bardziej wciągająca. Mnie osobiście urzekł niesamowity klimat, przywodzący na myśl legendy z dalekiej Japonii. Dara jest miejscem, które chce się odwiedzać. Nie chciałabym Wam zbyt wiele zdradzać odnośnie fabuły, bo to zniszczy Wam cały fun poznawania tego świata. Gdy pierwszy raz spotkałam się z twórczością Ken Liu, zachwyciłam się pięknym wydaniem książki. A gdy już zapoznałam się z treścią to zakochałam się na amen. Zwłaszcza, że ciężko teraz o powieść, która nie tylko trzyma czytelnika w napięciu ale i jest pięknie prowadzona. Sam styl Kena Liu sprawia, że nie chcemy opuszczać niebezpiecznej i tajemniczej Dary, a bardzo dobre tłumaczenie pani Agnieszki Brodzik nie ujęło mu ani joty. Nie mogę się doczekać na kolejną opowieść spod Sztandaru Dzikiego Kwiatu.

Nie mogę też nie wspomnieć o jak zwykle przepięknej okładce, która oddaje tajemniczość i mistycyzm całej powieści. Jest trochę  niepokojąca a zarazem piękna i artystyczna. Jak dla mnie, precioso w czystej formie. Wewnątrz znajdziecie też mapy, dzięki którym łatwiej Wam będzie wyobrazić sobie miejsce akcji. Na koniec, przytoczę jeden z cytatów, który zapadł mi w pamięć po lekturze: ” (…) Ludzi motywują jedyni zysk i cierpienie, jednak to żaden grzech, ponieważ te wszystkie pragnienia są cieniem innego, większego: by z ziemi uczynić niebo. (…)”.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN Imaginatio.

Bez kategorii

Episode #153 : O tym, jak zmienić swoje życie i być szczęśliwszym i zdrowszym według dr Saldmanna.

Twoje_zdrowie_w_twoich_rekach_okladka.jpg

Autor: Federic Saldmann

Tytuł : „Twoje zdrowie w twoich rękach.”

Liczba stron: 276

Wydawnictwo: Muza. S.A

Rok wydania: 2017

„ Kiedy Batman wkłada swój słynny czarno-granatowy kombinezon, wstępuje w niego nadludzka siła, która sprawia, że staje się niewidzialny, gotowy stawić czoło wszelkim niebezpieczeństwom. A gdybyśmy tak, za jego przykładem, stali się superbohaterami naszego zdrowia, odpornymi na różnego rodzaju ataki, które mogą nas osłabić, a nawet zniszczyć? (…)”

Znany na całym świecie francuski lekarz gwiazd i celebrytów ma na celu zrewolucjonizowanie twoje myślenie o zdrowiu i medycynie. Jego teza brzmi: Wykorzystaj własne zasoby organizmu, by zapobiegać schorzeniom i lepiej zarządzać swoim zdrowotnym kapitałem. Czy to faktycznie działa? Trudno powiedzieć. Przede wszystkim, trzeba wierzyć, że taka „naturalna medycyna” zadziała, bo inaczej nie przekonamy się do niej, nawet jakby ktoś nas przekonywał milionem przykładów. Doktor Saldmann w swojej książce daje nam proste rady, podzielone na pięć najważniejszych filarów: odżywianie, zarządzanie ciałem, codzienna pielęgnacja, utrzymanie kondycji umysłowej i panowania nad sobą.

Niektóre z tych rad mogą wydać się oklepane a nawet trywialne. Inne mogą was zaskoczyć. Jeśli jesteście pasjonatami zdrowego trybu życia albo po prostu chcielibyście coś zmienić, to lektura tej książki na pewno Wam w tym pomoże.

Jestem bardzo mile zaskoczona tym, co przeczytałam w tym zgrabnym poradniku i choć pewnie Was to zdziwi, ale od czasu do czasu, lubię poczytać tego typu literaturę nie tylko po to, by ocenić czy mi się ona podoba czy też nie ale przede wszystkim po to, by znaleźć pewnego rodzaju inspirację do zmiany. „ Twoje zdrowie w twoich rękach” mogę zaliczyć do jednej z tych książek, do których będę bardzo często wracać. Bardzo spodobały mi się rady dotyczące pielęgnacji ciała i jak panować nad własnymi emocjami.

Często zdarza się, że coś palniemy bezsensu albo jesteśmy zbyt grzeczni lub dobrze wychowani by komuś po prostu powiedzieć: „ odwal się”. W tej książce znajdziecie kilka fajnych trików, jak nie stresować się głupotami i być po prostu szczęśliwszym. A wszystko może się zacząć od czegoś tak zwykłego, jak zmiana obuwia. Zaintrygowani? To zapraszam do lektury.

W mojej ocenie, książka naprawdę świetna i polecam nawet tym, którzy są sceptycznie nastawieni do wszelkiego rodzaju poradników. Z tym, na pewno nie będziecie się nudzić.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza S.A.