Bez kategorii

Episode #205: ” The Force is strong within my family…” czyli „The Last Jedi” i cały ten jazz…

the-last-jedi-theatrical-blog

Tytuł: „Star Wars. The Last Jedi. Episode VIII”

Reżyseria: Rian Johnson.

Muzyka: John Williams.

Data premiery: 14.12.2017

Czas trwania: 153 min.

„Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…” tak zaczyna się każdy kolejny film z serii „Star Wars” a tuż po tym wstępie, słyszymy tę kanoniczną wręcz muzykę, która zapisała się w popkulturze jako znak rozpoznawczy całej franczyzy. Z każdą kolejną produkcją, twórczy legendarnych „Gwiezdnych Wojen” robią wszystko, by fani zachodzili w głowę, co się wydarzy. Tak też było w przypadku nowej trylogii. Gdy ” Przebudzenie mocy” weszło do kin, zostało przyjęte z bardzo mieszanymi odczuciami. Jedni, nazywali ten film kopią „Nowej Nadziei” a inni stwierdzali, że to już nie są te same „Gwiezdne Wojny” co kiedyś ( no, wow, serio?),  a jeszcze inni zachwycali się i wychwalali produkcję pod niebiosy. Jeśli o mnie chodzi, to mnie irytowała główna bohaterka z jakiegoś powodu. I generalnie historia Rey jakoś mnie średnio przekonała. Lecz nie samą przewodzącą postacią film stoi, więc dałam mu szansę. I mi się podobało.

Na „Ostatniego Jedi” czekałam niecierpliwie. Każdą informację, jaką widziałam na temat tej produkcji, starałam się w miarę możliwości omijać, bo wiedziałam, że może mi to zaspojlerować cały film, a tego bardzo nie chciałam. Dużo osób porównywało epizod ósmy do „Imperium Kontratakuje”, co moim zdaniem jest kompletnie bezsensu. Bo tak szczerze, ten film nawet nie stał obok swojego zacnego poprzednika, więc nie rozumiem tej chęci przypięcia mu łatki. Choć stylistyka plakatów przywodzi na myśl stare filmy.

Ale może, przejdę już do właściwiej recenzji. ” Ostatni Jedi” jest produkcją, która przeciętnego kinomana przyprawia o ból głowy. Nielogiczność niektórych scen aż bije po oczach, a połowy dialogów nie idzie zrozumieć. Efekty wizualne i specjalne są na najwyższym poziomie a muzyka nadaje całości niepowtarzalny klimat.

Ja jednak chciałabym powiedzieć o samej historii parę słów. W „Przebudzeniu Mocy”, wszyscy szukali legendarnego Jedi, Luke’a Skywalkera, dzięki któremu galaktyka miała być znowu wolna. Więc dzielni działacze Ruchu Oporu, starali się pokrzyżować plany Pierwszego Porządku i dać czas swoim ludziom na odnalezienie Luke’a. Na pierwszy plan też wysuwa się historia Rey ( Daisy Ridley), zbieraczki złomu, która przez przypadek znajduje droida BB-8 na swojej pustynnej planecie. I od tego momentu, zaczynają się jej przygody.  „Ostatni Jedi” zaczyna się od momentu, w którym to nasza bohaterka trafia na wyspę, gdzie osiedlił się Luke Skywalker ( Mark Hamill) i próbuje go przekonać by nauczył ją, jak być Jedi. Jednak stary mistrz jest bardzo ekscentryczny i długo opiera się sugestiom dziewczyny. A gdy widzi, do czego jest zdolna, postanawia dać jej kilka lekcji. W międzyczasie Finn ( John Boyega) i Poe ( Oscar Isaac) starają się ocalić resztki Rebelii przed niszczącą siłą Pierwszego Porządku. Kylo Ren ( Adam Driver) jest gotowy przyjąć ostatnią lekcję od swojego mistrza Wielkiego Przywódcy Snooke’a. Odkrywa też, że ma niezwykle silną więź z Rey, co sprawia, że dziewczyna pragnie mu pomóc. Zdaje się, że główną motywacją Rey jest jej krótka przyjaźń z jego ojcem Hanem Solo ( Harrison Ford).

I to by było na tyle, bo jeśli więcej napiszę, to już wam całkiem zaspojleruję film. A tego bym nie chciała.

Jeśli mam być szczera, to nie mam pojęcia, jak ocenić ten film. Dla mnie, jako wieloletniej fanki „Gwiezdnych Wojen” była to taka mała „gwiazdka”. Czułam się jak małe dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę. Mimo swoich licznych błędów, kiczowatych rozwiązań, scen, które przyprawiały o śmiech z zażenowania, całość jest świetna. I czuję ogromny niedosyt. Cały czas czekałam aż będzie jakiś mega wielki plot-twist. Coś, co mnie wbije w fotel, a tu… No dobra, było kilka takich momentów. Fakt. Ale nastawiałam się coś na miarę „I’m your father, Luke” z ust Vadera. Aczkolwiek zwroty akcji w tej części były intensywne. Postaci pokazały swoją prawdziwą moc i mogliśmy je lepiej poznać. Widząc postać Lei, granej przez nie żyjącą już Carrie Fisher, wzruszyłam się. A sama końcówka filmu mnie trochę zaskoczyła. Choć można było się domyśleć, że coś takiego może się wydarzyć.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to muszę tutaj wyróżnić przede wszystkim Marka Hamilla, który już zawsze będzie dla mnie Lukiem Skywalkerem. No i nie mogę nie przyrównać jego zachowania do zachowania Yody z „Imperium Kontratakuje” w stosunku do niego, gdy przybył na Dagobah. Duży plus też dla Johna Boyegi, który wykreował naprawdę dobrą postać nawróconego szturmowca, potrafiącego skopać tyłek swoim dawnym dowódcom.

Podsumowując, „Ostatni Jedi” jest dobrą rozrywką. Jeśli ktoś jest fanem „Gwiezdnych Wojen”, na pewno stwierdzi, że jest to jedna z lepszych części w nowym uniwersum. I ja się mogę częściowo z tym zgodzić. Czekam jeszcze bardziej niecierpliwie na epizod dziewiąty. I kolejne produkcje z tego uniwersum, jakie planuje Disney.

„Star Wars” zawsze będą dla mnie uniwersum bardzo wyjątkowym. Dlatego każdy kolejny film jest dla mnie niebywałą gratką. A że czasem są trochę niespójne i kiczowate, to tylko dodaje im uroku i magii.

A jaka jest Wasza opinia o nowych „Gwiezdnych Wojnach”? The_Last_Jedi_poster

Niech moc będzie z Wami,

Meg.

Reklamy
Bez kategorii

Episode #204 : ” Granice między snem a jawą są bardzo cienkie.” czyli słów kilka o nowym fenomenie wydawniczym prosto z Holandii – „Spektrum.Leonidy” Nanna Foss.

Okladka_Spektrum_Leonidy_II01

Autor: Nanna Foss.

Tytuł: „Spektrum. Leonidy”

Wydawnictwo: Driada.

Liczba stron: 540.

Pewnego dnia, piętnastoletnia Emi śni o chłopcu o turkusowych oczach. A potem, ten sen przelewa na papier, dbając o każdy szczegół jego idealnej twarzy. Dziewczyna nie wyróżnia się wśród rówieśników. Jest nieśmiała i woli spędzać czas ze swoim niewidomym przyjacielem Albanem i jego bratem Linusem. Lecz, gdy pewnego dnia widzi swojego „chłopca ze snów” w prawdziwym życiu, nie może uwierzyć w to, co widzi.  I od tamtej chwili, jej zwyczajne życie zamienia się w pasmo niesamowitych przygód…A co z nich wyniknie? Tego już musicie się dowiedzieć, sięgając po tę opasłą, jak na pierwszy tom, książkę.

Jeśli mam być zupełnie szczera, to początkowo nie była zbyt przekonana co do tej historii. Wydawała mi się jakaś taka nudna. Główna bohaterka była trochę niewyraźna i szara. Pomimo, iż to ona prowadziła narrację tej historii, to miałam wrażenie, że jej tam w ogóle nie ma. Jednak z każdą kolejną stroną, moje odczucia co do niej się zmieniały. Tak samo, jak i do całej historii. Gdy zaczynałam przygodę z tą książką, nie wróżyłam jej zbyt dobrze. Lecz dałam jej szansę i nie żałuję. Jedną z najmocniejszych stron tej opowieści, są jej bohaterowie, z którymi każdy może się zidentyfikować. Osobiście bardzo polubiłam niewidomego przyjaciela głównej bohaterki, Albana oraz jego brata Linusa. Przypominali mi moich dawnych przyjaciół z dzieciństwa.

Historia sama w sobie wydaje się być połączeniem kilku motywów w jeden, co jak dla mnie grało na plus całej opowieści. Lecz przez cały czas czekałam na jakiś wielki zwrot akcji, na coś więcej niż tylko pokazywanie szczątków informacji przez pryzmat relacji między bohaterami. A gdy już go dostałam to miała takie… Aha. No w sumie, coś się wreszcie tutaj zaczęło dziać. I do samego końca nie mogłam się oderwać od lektury.

Zgrabnie napisana powieść młodzieżowa z elementami fantastyki. Czytało mi się ją całkiem dobrze, choć początek był trochę nudny. Chętnie sięgnę po kolejne tomy, by dowiedzieć się czegoś więcej o naszych bohaterach, którzy są tak różni a jednocześnie tak podobni do siebie. Jestem ciekawa kolejnych tomów i na pewno po nie sięgnę, gdy się ukażą, gdyż końcówka pozostawiła wiele pytań.

Nie mogę też nie wspomnieć o pięknej szacie graficznej książki. To ona sprawiła, że przykuła moją uwagę. I w tym przypadku okazało się, że jednak okładka jest równie dobra, co sama treść.

Z czytelniczymi pozdrowieniami,

Meg.

Bez kategorii

Episode #203 : O rodzinnej sadze i kobiecie, która nigdy nie przestała być dzieckiem. Czyli kilka słów o dwóch ciekawych książkach Wydawnictwa W.A.B.

84-saga-czyli-filizanka-ktor

Autor: Cezary Harasimowicz.

Tytuł: „Saga, czyli filiżanka, której nie ma.”

Wydawnictwo: W.A.B

Liczba stron: 411.

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, gdy ma ochotę podążyć śladami swojej rodziny, zwłaszcza jeśli wie, że może odkryć wiele tajemnic i sekretów, jakie skrywają wspomnienia dawnych lat. Cezary Harasimowicz, po wizycie w domu swojej matki, postanawia zrobić to, czego wielu się boi lub twierdzi, że nie jest w stanie zrobić. A mianowicie spisał dzieje swojej rodziny w porywającej książce, którą czyta się jak naprawdę dobrą prozę… A właściwie to dzieło jest tak napisane. Jak proza, tyle że napisana przez samo życie.

Poznając losy rodziny Królikiewiczów, kreuje nam się obraz ówczesnej Polski. Polski z początku dwudziestego wieku. Polski wielu narodów i języków, gdzie większość ludzi żyła w biedzie i była niepiśmienna. Królikiewiczowie należeli do zamożnych mieszczan, byli poważani i szanowani nie tylko w swoich kręgach ale i poza nimi. Poznajemy między innymi losy Adama Królikiewicza, który zdobywał liczne nagrody na międzynarodowych konkursach jeździeckich a także opisy okrutnych lat wojny… Wszystko to tworzy niezwykle barwną, pełną anegdot i żywą historię rodziny, która wpisała się w bieg zdarzeń prawie niezauważona. A teraz, po wielu latach, zostaje ujawniona. A załączone do książki zdjęcia z rodzinnego albumu, nadają jej żywych kolorów.

Dawno nie czytałam tak dobrze opracowanej biografii jakiegoś rodu. To, czego dokonał pan Harasimowicz, jest naprawdę niezwykłe. Często dotarcie do wielu informacji, jakie zostały zawarte w tej książce, jest niemal niemożliwe, a jemu się to udało. Jestem pełna podziwu, z jaką pieczołowitością opisuje losy swoich bliskich. Osobiście, ta książka była dla mnie niezwykłą podróżą przez Europę początku XX wieku. Barwne losy rodziny Królikiewiczów na pewno zostaną w mojej pamięci na dłużej.  Jeśli jesteście fanami dobrze napisanych biografii, to ta na pewno powinna się znaleźć na liście „do przeczytania”, gdyż ma w sobie coś, co sprawi, że przeniesiecie się na moment w inny świat a kto wie, może i was zainspiruje do tego, by spisać dzieje własnej rodziny.

 

 

sekretlalki

Autor: Jean Nathan.

Tytuł: „Sekretne życie samotnej lalki”

Liczba stron: 430.

Wydawnictwo: W.A.B

Gdy w 1957 roku, na rynku Stanów Zjednoczonych ukazuje się książeczka „Samotna Lalka”, staje się ona kultową lekturą, skierowaną do dzieci, mimo swojej dość kontrowersyjnej aury. Wiele lat później, dziennikarka Jean Nathan spisuje dzieje autorki tej niezwykłej historii, Dare Wright, mieszkającej w jednym z nowojorskich domów opieki. A jej historia przeraża, fascynuje i zastanawia.

Dzięki wnikliwemu dziennikarskiemu śledztwu i licznym relacjom przyjaciół i współpracowników, okazuje się, że dzieje bohaterów „Samotnej Lalki” to tak naprawdę skomplikowane relacje, jakie autorka miała ze swoją rodziną, która była rozbita, pełna artystycznej pretensji i mrocznych a do tego erotycznie dwuznacznych relacji.

Dare Wright była artystką, pisarką i fotografką. Sama robiła grafikę do swoich historii, w których to wyrzucała swoją samotności i zagubienie. Jej życie było zdominowane przez zaborczą matkę manipulantkę, Edie, która robiła wszystko by stłamsić Darę. A ta jej wierzyła. Przez całe swoje życie nie była w stanie otrząsnąć się po tym, co zaserwowała jej kobieta, która dała jej życie.

Czytając tę książkę, miałam ochotę czasem uderzyć w twarz jej bohaterów, by się otrząsnęli. I aż trudno było mi uwierzyć, że można do tego stopnia kogoś zniszczyć, by odnajdował się tylko i wyłącznie w swoim własnym, wyimaginowanym świecie.

Dara była niezwykle utalentowaną kobietą i jak na swoje czasy była kreatywna. Nieszablonowa i gdyby żyła współcześnie, pewnie byłaby gwiazdą Instagrama. Lecz nie tylko talent ją wyróżniał. Uroda również. Mężczyźni lgnęli do niej jak muchy do miodu, lecz ona nie dawała się oczarować. Historia, którą opowiada nam Jean Nathan jest przygnębiająca, lecz z drugiej strony pokazuje nam niezwykłą artystkę, która poświęciła całe swoje życie sztuce. Czy została doceniona? Być może. Poznając Darę Wright, uświadamiamy sobie, jak ważne są dobre relacje w rodzinie i to, by umieć oddzielać rzeczywistość od fikcji, nawet gdy nasz realny świat wydaje się okrutny i wielki. Bardzo dobra biografia i z czystym sercem mogę ją polecić.

 

A jakie są Wasze odczucie co do tych dwóch książek? Czytaliście?

Z czytelniczym adieu,

Meg.

 

 

Bez kategorii

Episode #202 : Warsaw Comic Con 2017, czyli jak się robi konwenty w Polsce.

Witajcie!

Dziś zamierzam opowiedzieć Wam o jednej z fajniejszych imprez, jakie miały miejsce w ostatnich miesiącach. Warsaw Comic Con 2017 Fall Edition odbył się w podwarszawskim Nadarzynie w dniach od 22 do 24 listopada. Na imprezę licznie ściągnęli zarówno fani popkultury, komiksów, filmów i seriali ale i same gwiazdy. Podczas tego wydarzenia, można było spotkać między innymi aktorów z „Gry o Tron”, „Pamiętników Wampirów” czy „Teen Wolfa”.

Uczestnicy jesiennej edycji Warsaw Comic Conu, mogli uczestniczyć w szeregu paneli dyskusyjnych z twórcami, organizowanych przez poszczególne strefy. Mnie osobiście zachwyciła piękna wystawa modeli z filmu „Gwiezdne Wojny”. Odwzorowany niemal w idealnych proporcjach model X-Winga czy kultowa „Kantyna” z „Nowej Nadziei” były gratką dla fanów serii. Podczas wydarzenia można było też skorzystać z konsoli Nintendo, czy pograć w gry planszowe, które miały mieć dopiero swoją premierę lub miały podczas imprezy.

Jednym z głównych punktów programu, poza rzecz jasna spotkaniami z gwiazdami, był konkurs cosplay, który poprowadził Jakub Ćwiek. Uczestnicy mogli wygrać cenne nagrody, dzięki którym będą mogli dalej rozwijać dalej swoją pasję. A na tegorocznej edycji Comic Conu, odbył się też po raz pierwszy konkurs międzynarodowy. Choć nie było zbyt wielu uczestników, jak na tego typu konkursy na innych konwentach, to i tak było na co popatrzeć. Stroje i pokazy oszałamiały. Wcale nie dziwię się sędziom, że mieli problem z wyborem najlepszego.

Muszę przyznać, że po raz pierwszy na tego typu imprezie, nie czułam się jakbym nagle znalazła się w za małym pomieszczeniu ze zbyt dużą ilością ludzi na metr kwadratowy. Pomieszczenia, w których znajdowały się zarówno strefy dla graczy jak i wystawcy, były przestronne i swobodnie można było się między nimi przemieszać. Tutaj muszę dać dużego plusa. Jeśli chodzi o rozkład całego wydarzenia, to nie było tak źle. Wszystko było oznaczone i łatwo można było trafić do odpowiedniej sali czy nawet do odpowiedniego wystawcy. I tutaj, goście jesiennej edycji wydarzenia nie mogli narzekać na brak gadżetów. Pojawiło się tak wielu wystawców, że czasami można było dostać oczopląsu. Jednak nie jest to minus, wręcz przeciwnie. Fani Doktora Who, mogli zrobić sobie zdjęcie przy serialowym „tardis” a miłośnicy „Powrotu do przyszłości” mogli zasiąść za kierownicą prawdziwego DeLoreana! Mnogość gadżetów filmowych na pewno jest ogromnym plusem tego wydarzenia.

Niestety, nie wszystko było tak piękne i wspaniałe, zatem muszę wspomnieć o dwóch może niezbyt przyjemnych, a jednak istotnych sprawach. Pierwsza sprawa to organizacja przy strefach autografów i zdjęć. Tam to się rozgrywała istna walka o każdy centymetr wolnej przestrzeni, często zdarzało się, że ochrona nie udzielała żadnych informacji a nawet wprowadzała w błąd osoby stojące w kolejkach! Oczywiście to się zdarza bardzo często na tego typu imprezach, jednak powinno się zachować poziom i powstrzymać się od uszczypliwych komentarzy. Lecz najbardziej bulwersującą sprawą była kwestia nie dogrania czasowego między poszczególnymi strefami, przez co wiele osób nie zdążyło załapać się na zdjęcie z ulubieńcem. Na szczęście organizatorzy nie stwarzali problemów ze zwrotami w razie potrzeby, jednak takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Druga rzecz to wyjazd z terenu imprezy. Niestety ilość i częstotliwość przyjazdu darmowych autobusów pozostawiała wiele do życzenia. Mam nadzieję, że na przyszłych edycjach to się poprawi.

Same panele z gwiazdami, były poprowadzone bardzo profesjonalnie i można było się dowiedzieć dużo ciekawych rzeczy na temat pracy na planie, zabawnych anegdot a także wspomnień, które niektórych doprowadzały do łez. Osobiście, bardzo podobał mi się panel Andrew Scotta, który okazał się naprawdę sympatycznym gościem i choć nie jestem fanką „Sherlocka” to tego aktora cenię też za inne jego role, zwłaszcza te teatralne, o których nie omieszkał wspomnieć. Julian Glover i Jack Gleeson opowiadali o swojej przygodzie z „Grą o Tron” a także, ten pierwszy, zachwalał swojego młodszego kolegę i twierdził że nie ma on absolutnie nic wspólnego ze swoim serialowym bohaterem. W niedzielę odbyło się spotkanie z Michaelem Malarkey’em, który podczas swojego panelu zabawiał publikę żartami i zabawnymi anegdotami.

Podsumowując, Warsaw Comic Con Fall Edition, był ciekawym doświadczeniem. Nieco innym, od tych, jakie do tej pory miałam w kwestii konwentu, aczkolwiek jestem mile zaskoczona poziomem tej imprezy.  Mam nadzieję, że będzie się ona rozwijać i wszelkie niedogodności zostaną zażegnane.

Z nerdowym adieu,

Meg.

P.S. Poniżej mała galeria zdjęć, dla Waszej przyjemności 😉

Bez kategorii

Episode #201: „Nic nie jest takim, jakim się wydaje”, czyli o pełnokrwistym thrillerze Jonasa Winnera.

42-murder-park-park-morderco

Autor: Jonas Winner.

Tytuł: „Murder Park. Park Morderców”.

Liczba stron: 478.

Premiera: 30.11.2017

Wydawnictwo : Initium.

Zodiac Island jest samotną wyspą u wybrzeży USA, a na niej umiejscowiono park rozrywki, którego atrakcje inspirowane są dwunastoma znakami zodiaku. Wspaniałe karuzele, wata cukrowa, roześmiane rodziny. To jest typowy obraz, jaki możemy sobie wyobrazi, myśląc o parku rozrywki. Lecz ten, ma swoją mroczną tajemnicę. Zamknięty po serii brutalnych morderstw po dwudziestu latach zostaje otworzony ponownie. I staje się upiornym skansenem słynnych zabójców i zbrodni, które wstrząsnęły światem. Manager parku zaprasza starannie wyselekcjonowaną grupę na długi weekend. Są wśród nich ludzie mediów i ci, którzy pamiętają to miejsce sprzed dwudziestu lat. Gdy przybywają na miejsce, zaczyna się rozgrywka. Kto przetrwa? Czy faktycznie zabójca sprzed dwudziestu lat jest nadal na wolności i tylko czeka na odpowiedni moment by zaatakować? Tego będziecie musieli się dowiedzieć, czytając tę niezwykle wciągającą książkę. Jonas Winner zaserwował mi niezłą jazdę. Jest to kolejny thriller, który przeczytałam w tym roku, od którego dosłownie nie mogłam się oderwać. Sposób, w jaki prowadzona jest narracja, sprawia, że czytelnik zatraca się całkowicie w tym mrocznym, przypominającym trochę scenariusz filmowy do dreszczowca, klimacie. Wplecione między poszczególne zdarzenia wywiady z każdym z uczestnikiem tego weekendu nadają całości pewnego rodzaju realizmu. Czytając „Murder Park” miałam wrażenie, że czytam jakąś relację naocznych świadków z tego, co się działo na miejscu. A atmosfera grozy wręcz wisiała nad każdą stroną.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się zbyt wiele po tej książce. Zaintrygował mnie jej opis i stwierdziłam, że dam jej szanse. I nie żałuję. „Murder Park” wpisała się u mnie na listę tych książek, które na pewno będę polecać.
Myślę, że każdy fan thrillerów będzie nią oczarowany. Autor zwodzi czytelnika do samego końca. Niby wszystko wiemy, domyślamy się, kto stoi za poszczególnymi zdarzeniami i pewnie brniemy dalej, by nagle akcja zrobiła zwrot o prawie sto osiemdziesiąt stopni i uderzyła nas prosto w twarz. Takie książki mogę czytać godzinami. I serdecznie polecam sięgnięcie po „Murder Park”. Chociażby po to, by przekonać się, czy faktycznie jest tak dobrze, jak piszę czy może trochę przesadzam.

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Bez kategorii

Episode #200: Na 200. coś specjanego: Dobro od Wydawnictwa Vesper.

Witajcie!

To już 200. odcinek moich wypocin na temat książek, wydarzeń i takich różnych. Chciałam dać tutaj coś specjalnego, wyjątkowego… Takiego, że wylecielibyście z papuci… Ale moje plany, jak zwykle, skończyły się tylko na planach. Bo iż ależ, stwierdziłam, że lepszą gratką dla Was będą dwa tekst w jednym poście! Takie promo, bo grudzień i w ogóle… Jakoś naszło mnie na prezenty. Zatem bez zbędnego przeciągania, zapraszam Was do lektury mojej opinii o dwóch książkach, które porwą Was do niezwykle ciekawych światów. Gotowi na przygodę? To zapraszam!

bglidoopmphpakfi

 Autor: Alan Bradley.
Tytuł : ” Flawia DeLuce. Zatrute ciasteczko”.
Wydawnictwo: Vesper.
Liczba stron: 365.
Początek lata w sennej angielskiej wiosce Bishop’s Lacey zapowiada się dość monotonnie. W wielkim domu Buckshaw ambitna młoda odkrywczyni Flawia de Luce przeprowadza eksperymenty chemiczne w laboratorium odziedziczonym po ekscentrycznym wuju. Pracuje nad truciznami. Pewnego ranka na grządce z ogórkami odkrywa zwłoki. Zostawia probówki i palniki Bunsena i postanawia rozwiązać osobiście kryminalną zagadkę, ku utrapieniu miejscowej policji. Ale czyż można ją winić? Czy jedenastoletnie cudowne dziecko ma inny wybór? Tym bardziej, że zostawione jest samo sobie i zmaga się z jawną wrogością sióstr i obojętnością owdowiałego ojca, którego całym światem jest kolekcja znaczków.
Alan Bradley po mistrzowsku wręcz przedstawił losy zaradnej, upartej i bezkompromisowej Flawii, która swoim intelektem mogłaby zawstydzić nie jednego dorosłego. Cudowny, typowo angielski humor i klimat powieści rodem ze starych kryminałów, sprawiło, że czytanie tej historii sprawiło mi niezwykłą radość. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze uformowaną bohaterką, z fabułą, która ani na chwilę nie zwalnia tępa i przede wszystkim został zachowany duch angielskich powieści kryminalnych, co w dzisiejszych czasach, jest niemal wymarłym trendem. Bardzo się cieszę, że mogłam „poznać” Flawię. Chyba się zaprzyjaźnimy. Choć miejscami mnie irytowała i miałam wrażenie, że robi wszystko tylko dlatego, że jest to na przekór innym. Ale to też miało swój urok.
Flawia mnie kupiła i już nie mogę się doczekać,  aż sięgnę po kolejną część tej niezwykłej serii. Nie mogę też nie wspomnieć o pięknej oprawie graficznej, która nadała klimat i zachęciła mnie do sięgnięcia po tę książkę. Może nie do końca oddaje ona jej klimat, ale ma „to coś”, co mnie kupiło.
Na-południe-od-Brazos-1
Autor: Larry McMurtry.
Tytuł : „Na południe od Brazos”
Wydawnictwo: Vesper.
Liczba stron: 861.
Na południe od Brazos, gdzieś na granicy Meksyku i Teksasu dwaj weterani próbują wieść spokojne życie. Spieczone słońcem Lonesome Dove, wydaje się być najgorszym z możliwych miejsc, pełnie jadowitych chrząszczy czy trujących stonóg. Gdzie melonika używa się za popielniczkę a pianino z saloonu wypożyczane jest na niedzielne msze. I tu widzimy grupę bohaterów: Milczącego Calla, który poświęca swe życie pracy, gadatliwy Gus, rozprawiający o sensie życia, młody Newt, szukający akceptacji i piękna Lorena, marząca o San Francisco. Jedno zdarzenie, wiele mil dalej, zmieni życie każdego z nich. Wyprawa z bydłem do dziewiczych pastwisk Montany dla jednych może być szansą, a dla innych podróżą tylko w jedną stronę.
Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym, że wydawnictwo Vesper zamierza wydać tę niezwykłą powieść, stwierdziłam, że biorę w ciemno! I nie zawiodłam się. Dawno nie czytałam tak dobrej historii, opowiedzianej w bardzo gawędziarski sposób. Mimo długich opisów, czasem przegadanych scen i spowalniania akcji, książka wciąga. Jesteśmy w XIX wieku a nie w XXI. Tutaj czas i życie płynie wolniej a wszystko wokół jest dzikie i nieokiełznane. Historia przeprawy z jednego końca ogromnego państwa na drugi za poszukiwaniem nowych pastwisk, sprawia, że miano kowboja nabiera nowego znaczenia. Byli to ludzie niezwykle wytrwali i posiadający ideały, które nie pozwalały im na pewne zachowania, które w naszej rzeczywistości są „normalne”.
Sama powieść wciąga i mimo swoich gabarytów ( ponad 800 stron), to czyta się ją z niekrytą przyjemnością. Jednak poza walorami literackimi, warto też zwrócić uwagę na załączone na końcu mapy i zdjęcia, które odzwierciedlają klimat tej historii a posłowie, napisane przez Michała Stanka, przybliża nam nieco gatunek, jakim jest western, skąd wzięły się miejsca w nim opisane a także jaki rys historyczny jest pozostawiony w tej fabule. No i nie mogę nie wspomnieć o przepięknej oprawie graficznej, która sprawia, że książka jest też idealnym prezentem.
„Na południe od Brazos” to książka, którą warto przeczytać i mieć w swojej kolekcji. Ma w sobie wiele mądrych przesłań ale i pokazuje, że można pisać długo i nie zanudzić czytelnika w połowie opowieści.
Z czytelniczym adieu,
Meg.
Bez kategorii

Episode #199: „Niech moc Was prowadzi, młodzi Padawani” czyli comiesięczna dawka dobroci od redakcji „Nowej Fantastyki”.

NowaFantastyka12

Tytuł: „Nowa Fantastyka”

Wydawnictwo: Prószyński o S-ka,

Format: miesięcznik

Wydanie: 12/2017.

Liczba stron: 80.

Skąd taki tytuł? Otóż, jak większość z Was wie, grudzień jest miesiącem premiery najnowszego dziecka Disney’a, czyli kolejnej części „Gwiezdnych Wojen”. Skoro wszyscy o tym piszą, to i „Nowa Fantastyka” zamieściła na swoich łamach bardzo ciekawy tekst Andrzeja Kaczmarczyka na temat tego, jak zmieniał się tak zwany kanon „Gwiezdnych Wojen”. Autor pokazuje nam, jak ewoluował i jakie postaci zostały do niego włączone. Bo jak zapewne się domyślacie, uniwersum „Gwiezdnych Wojen” to nie tylko filmy. Są też książki, których jest ponad siedemdziesiąt, jak dobrze pamiętam, oraz komiksy i gry. Ogarnąć to wszystko jest ciężko, dlatego Andrzej Kaczmarczyk postanowił pokrótce nam naświetlić, jak to wszystko działa w tym świecie. I całkiem nieźle mu to wyszło.

 

Moją uwagę przykuł też króciutki tekst Marka Starosty o modyfikacjach genetycznych, które zaczynają wchodzić na co raz wyższe poziomy. I z pozoru to, co wydawało nam się kiedyś czystym science-fiction, staje się powoli kanonem medycznym. Przerażające? Może trochę, ale jeśli podejdziemy do tego z otwartą głową, to jest to niezwykle fascynujący temat.

Polecam też gorąco bardzo intrygujący wywiad z autorem horrorów Jonathanem Maberrym. Jako że jestem ogromną fanką horrorów, to ten wywiad czytałam z zainteresowaniem, gdyż zawsze ciekawiło mnie, co też siedzi w głowach ludzi, którzy zajmują się właśnie tą dziedziną literatury.

Puentą tego wywiadu może być to zdanie: „ Bądź dobry w tym, co robisz. Posiadanie wrodzonego talentu do snucia opowieści to świetna rzecz, ale trzeba jeszcze poznać pozostałe tajniki tego rzemiosła.” Myślę, że każdy, kto próbuje się w dziedzinie pisania, powinien sobie wziąć te słowa do serca.

Na uwagę zasługuje też obszerny artykuł Marcina Waincetela na temat Janusza Majewskiego, który uznawany jest za jednego z najwybitniejszych polskich twórców fantastyki na ekranie. Czy tak jest? Tego możecie się dowiedzieć z tekstu.

Nie mogę też nie wspomnieć o sekcji opowiadań, gdzie moją szczególną uwagę przykuły opowiadania: „ Lot Pułkownika” Bartka Biedrzyckiego, „Real” Django Wexlera, którego ostatnio bardzo często czytuję oraz „Sala Diamentowej Królowej” Anthony’ego Ryana.

W numerze znajdziecie też kilka recenzji książek, między innymi „Spiących Księżniczek” Kinga i najnowszej powieści Andy Weiera „Artemis”.

Dział felietonów też nie pozostał w tyle. Łukasz Orbitowski opowiada o „Kontrolerach”, bardzo trafny komentarz Rafała Kosika o współczesnych konsumentach i „Okołodziejczak” o planszówkach i powieściach sci-fi. Co je łączy? Przeczytacie w felietonie.

Numer jak zawsze przesycony mnóstwem ciekawych artykułów i recenzji gier, filmów i komiksów a także pełen podsumowań. W końcu koniec roku, trzeba zrobić jakieś podsumowanie.

Zaintrygowani? To migusiem do kiosku/Empiku to swój egzemplarz.

A tymczasem, borem lasem, ja się z Wami żegnam.

Do następnego,

Meg.