Bez kategorii

Episode #185 :[ PRZEDPREMIEROWO] O tym, czy warto mieć mniej i jak powstrzymać się od konsumpcjonizmu w nowej książce James’a Wallmana

JW_S_cover_PL_front-686x1024

Tytuł: „Rzeczo-zmęczenie”

Autor: James Wallman

Liczba stron: 367.

Wydawnictwo: Insignis.

Premiera: 13.09.2017

Każdemu z nas zdarza się kupować rzeczy, których potem nie używamy. Lub chcemy je mieć tylko dlatego, że ktoś inny ma coś takiego. Żyjemy w świecie, w którym konsumpcja jest wpisana w naszą naturę i kupujemy często bez opamiętania. Już zwłaszcza, gdy zbliżają się jakieś święta czy przyjeżdża do nas rodzina lub znajomi. Wtedy, niektórzy z nas, dostają istnego szaleństwa i kupują jak leci. Pracując w handlu, zauważyłam, że ludzie czasem nawet nie myślą o tym, co kupują. Po prostu biorą, bo jest tanie.

Poradników z cyklu jak żyć pełniej, posiadając mniej, jest w tej chwili na polskim rynku multum. Wszystkie opisują to, co mamy zrobić by ograniczyć nasz nieposkromiony apetyt na rzeczy, jak schudnąć, jak się czuć, co robić ze sobą by być bardziej eko… Minimalizm też jest bardzo modny. Co raz więcej autorów podkreśla jak ważne jest, byśmy umieli umiejętnie gospodarować tym, co mamy. I byśmy nie przesadzali z posiadaniem.

W książce Jamesa Wallmana, możemy znaleźć wiele przykładów, tak zwanych ” z życia wziętych”, na to w jaki sposób po prostu przesadzamy z posiadaniem rzeczy. Autor też tłumaczy, skąd bierze się u nas to „chomikowanie” i dlaczego często nie potrafimy się uwolnić od chęci posiadania co raz więcej. Podaje bardzo trafne przykłady tego, jak żyliśmy przed wielką rewolucją przemysłową na początku XX wieku i że wówczas, jakoś bardziej docenialiśmy to, co mieliśmy. Teraz, wszystko można wymienić i zastąpić. Przez co, dana rzecz, traci na wartości. Przekłada się to potem na nasze samopoczucie i sposób postrzegania siebie i innych. Jesteśmy zazdrośni o rzeczy, które kiedyś nie miały dla nas żadnego znaczenia.

Po lekturze tej książki naprawdę miałam ochotę zrobić remanent w swoich szafach i powyrzucać wszystko to, co jest mi niepotrzebne. Mam ochotę stać się eksperymentalistą i spróbować zastosować się do rad, które zostały zaserwowane mi w tym zręcznie napisanym poradniku. Jeśli szukacie sposobu by pozbyć się niepotrzebnych rzeczy a nie wiecie, jak się do tego zabrać, ta książka na pewno Wam w tym pomoże.

A za możliwość przedpremierowego zapoznania się z tą książką dziękuję Wydawnictwu Insignis.

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Reklamy
Bez kategorii

Episode #184 : „Żadna nawet największa skaza nie może powstrzymać cię przed tym, żebyś stała się doskonała” czyli słów kilka o „Doskonałej” Cecelii Ahern.

doskonała

Tytuł: „Doskonała”

Autor: Cecelia Ahern.

Wydawnictwo: Akurat.

Liczba stron: 479.

„Ironia sprawiedliwości jest taka, że uczucia, które ją poprzedzają, i te, które z niej powstają, nigdy nie są w pełni uczciwe i zrównoważone. Nawet sama sprawiedliwość nie jest idealna.”

Celestine mieszka w społeczeństwie, które ma obsesję na punkcie doskonałości. A ona sama nie jest doskonała, dlatego otrzymała tak zwaną Skazę. Przez nią, jej życie zmieniło się nie do poznania. Jedyną osobą, której tak naprawdę może zaufać jest Carrick. I tylko z nim, dziewczyna jest w stanie stawić czoła temu, co nadchodzi…

Dystopijny świat, rządzony przez bezlitosnych przywódców jest czymś, z czym w literaturze, zwłaszcza młodzieżowej, spotykam się co raz częściej. Pamiętam, że gdy czytałam „Skazę” przypominała mi ona nieco pierwszy tom „Niezgodnej” Veroniki Roth. Jednak było coś w tej powieści, co sprawiło, że bardzo polubiłam główną bohaterkę i z zapartym tchem śledziłam jej losy. Jej wzloty i upadki. W „Doskonałej” z kolei, niby widzimy tę samą bohaterkę, jednak jest dojrzalsza, silniejsza, bardziej zdeterminowana. Trochę naiwna i niezdecydowana, lecz nadal dążąca do osiągnięcia celu. Cecelia Ahern opowiada nam historię o młodzieńczej miłości, która została wystawiona na ciężką próbę. A także uświadamia nas, że realne życie dużo nie różni się od historii opisywanych w powieściach dystopijnych. My też podążamy za ludźmi, którzy mówią nam jak mamy żyć i co dla nas jest najlepsze, choć bardzo często sobie nie zdajemy z tego sprawy.

Autorka w bardzo trafny sposób komentuje rzeczywistość a także daje nam nadzieję na to, że nawet jednostka jest w stanie coś zmienić w naszym świecie. Nie mogę powiedzieć, by ta powieść była super oryginalna, bo już wielokrotnie ten temat został poruszony, aczkolwiek, podobało mi się zarówno przedstawienie świata jak i sami bohaterowie, którzy sprawiali, że była to dla mnie bardzo przyjemna lektura.

Czy poleciłabym tę książkę? Owszem, jeśli lubicie młodzieżową dystopię, podobną do serii „Niezgodna” czy „Igrzyska Śmierci”. Choć tutaj, będziecie mile zaskoczeni przez to, w jaki sposób autorka bawi się z czytelnikiem i jak sprawia, że pochłania kolejne strony z zainteresowaniem. A prowadzenie narracji w pierwszej osobie, sprawia, że powieść czyta się jak dziennik.

Pomimo, iż autorka specjalizuje się głównie w powieściach romantycznych i obyczajowych, to uważam, że w gatunku młodzieżowym poradziła sobie świetnie.

” Aby ktoś mógł wygrać, ktoś musi przegrać. A żeby ta osoba mogła wygrać, najpierw musi coś stracić.”

A za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Akurat.

 

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #183:[PRZEDPREMIEROWO] „Bawarski wulkan w cieniu Etny” czyli czas poznać nową panią detektyw – Ciotkę Poldi!

Ciotka_Poldi_sycylijskie_lwy_okladka

Tytuł: „Ciotka Poldi i sycylijskie lwy”

Autor: Mario Giordano.

Liczba stron: 399

Premiera: 13.09.2017

„Moja ciotka Poldi w dniu swoich sześćdziesiątych urodzin wyprowadziła się na Sycylię, by tam elegancko zapić się na śmierć, spoglądając przy tym na morze. A w każdym razie właśnie tego wszyscy się obawialiśmy. Niepotrzebnie, bo jak się okazało, ciotce i tak coś wiecznie stawało na przeszkodzie. Sycylia jest skomplikowana- tu nawet umrzeć nie można tak po prostu, ciągle coś wchodzi człowiekowi w paradę. A potem wydarzenia za-
czynają następować po sobie lawinowo, ktoś zostaje zamordowany, nikt nic nie widział, o niczym nie wie. Więc jasna sprawa, że ciotka Poldi, uparta i bardzo bawarska,
musiała wziąć sprawy w swoje ręce i zaprowadzić porządek. I od tego zaczęły się problemy. ”

Kiedy Poldi kończy sześćdziesiąt lat, postanawia przeprowadzić się z Monachium na Sycylię. Lecz w swoich planach nie miała rodziny swojego eksmęża, która postanowiła nauczyć ją zasad dolce vita. I to by było tyle, jeśli chodzi o spokojną emeryturę, gdyż pewnego dnia znika Valentino – pomocnik Poldi. A to daje początek serii zdarzeń, w których Poldi staje się główną atrakcją.

Napisana z polotem, niezwykle zabawna i wciągająca historia starszej pani, która daje się wciągnąć w porachunki mafijne i przeprowadza prywatne śledztwo, by odnaleźć zaginionego w tajemniczych okolicznościach przyjaciela.

„Ciotka Poldi” na pewno przypadnie do gustu fanom dobrej, kryminalnej fabuły z odrobiną humoru. Oczywiście pojawia się tu też wątek romantyczny w pięknej scenerii sycylijskich plaż, włoski temperament i niemiecka nieustępliwość, czyli wszystko to, co sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę fajną powieścią, która przeniesie nas na chwilę w cieplejsze miejsca niż nasz własny kraj.  Co więcej, na pewno nie będziemy się nudzić, śledząc losy naszej dziarskiej cioteczki, której główną bronią w kontaktach międzyludzkich są ironia, intryga i przekora. Być może też dzięki nim, udaje jej się wybrnąć nawet z największej opresji.

Jednym słowem, książka jest świetnym sposobem na oderwanie się na chwilę od szarej codzienności i zagłębienie się w rozwiązywanie zagadek wraz z główną bohaterką. Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie czytając tę powieść. Nie raz wybuchałam śmiechem, co ostatnio bardzo rzadko mi się zdarzało przy czytaniu książki.  Główna bohaterka stała się jedną z moich ulubionych i coś czuję, że jeszcze kiedyś odwiedzę Sycylię by znów przeżyć z nią te same przygody.

Za możliwość zapoznania się z tą powieścią, dziękuję wydawnictwu Initium.

Z czytelniczym pzdr,

Meg.

Bez kategorii

Episode #182 : Nowy miesiąc, więc czas na świeżutki numer „Nowej Fantastyki”

fantastyka9

Tytuł: „Nowa Fantastyka”.

Format: Miesięcznik.

Numer: 09/17.

Liczba stron: 87.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka.

Nowy miesiąc, więc czas na „Nową Fantastykę”. Niestety, w tym miesiącu jestem ze wszystkim spóźniona jak w listopadzie buraki, ale postaram się nadrobić. Obiecuję. Zatem bez zbędnego biadolenia, czas na to, co w tym miesiącu przygotowali dla nas redaktorzy pisma. A jak zwykle, jest co czytać.

Na początek, tekst Roberta Ziębińskiego o twórcy bardzo popularnego ostatnio nurtu w horrorze, czyli zombie. George Romero jako wizjoner i człowiek, który ponad pieniądze stawiał swoje spełnienie twórcze. Z artykułu dowiecie się też kilku ciekawostek na temat jego produkcji i jak do nich w ogóle doszło. Na pewno fani gatunku z przyjemnością zagłębią się w ten tekst.  Mnie z kolei bardziej zainteresował temat podwodnych potworów,  o których rozpisał się Maciej Bachorski. Dzięki niemu, poznałam kilka ciekawych książek o podmorskich głębiach. Fascynująca podróż w głąb oceanów oczami fantastów. Coś, z czym warto się zapoznać, jeśli lubicie poszerzać swoje horyzonty.

Rozmowa Joanny Kułakowskiej i Łukasza M. Wiśniewskiego z Peterem Wattsem też zasługuję na uwagę. Ciekawe spojrzenie na własną twórczość i świat, który nas otacza oraz to, w jaki sposób autor inspiruje się realnymi zdarzeniami w swojej twórczości może dać do myślenia. Sprawnie i ciekawie przeprowadzony wywiad, który zachęcił mnie do sięgnięcia po twórczość tego autora.

Fanom komiksów, polecam ciekawy tekst Radosława Pisuli  na temat nietuzinkowych superbohaterów, którzy zostali zapomniani i zepchnięci na dalszy plan przez innych.

Czwarta część cyklu Fantastyka vs Awangarda, obfituje w kolejną porcję ciekawych wniosków i spostrzeżeń, jakie podają nam goście Macieja Parowskiego. Między innymi: Andrzej Sapkowski, Joanna Karpowicz i Tomasz Bagiński.

Ponadto w numerze znajdziecie kilka naprawdę dobrych opowiadań, między innymi „Nieważni” Przemysława Hytrosia oraz ” W rękach losu” Carrie Vaughn, z którą zetknęłam się po raz pierwszy i na pewno jeszcze sięgnę po jej twórczość.

W dziale filmowo-książkowym, znajdziecie między innymi tekst o najnowszej książce Rafała Kosika „Różaniec”, który powrócił po długiej przerwie do gatunku sci-fi oraz recenzje takich tytułów jak : „Płomienna Korona” Elżbiety Cherezińskiej czy „Skrytobójca błazna” Robin Hobb. W filmowej sekcji króluje „Valerian i miasto tysiąca planet” oraz „Mroczna wieża”, która okazała się być kompletnym fiaskiem.

Zaintrygowani? To zapraszam do najbliższego kiosku po świeżutki numer „Nowej Fantastyki” !

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Bez kategorii

Episode #181 : Przegląd filmowo-serialowy na sierpień.

Dzień dobry, cześć i czołem moi szanowni Czytelnicy!

Na wstępie mojego posta, chciałabym zaznaczyć, że wiele się zmieni zarówno na moim skromnym blogu jak i w moim około-blogowym życiu. Nie, nie zamierzam zamknąć tego bloga ( na Wasze nie-szczęście). A zamierzam ( wreszcie!) się ogarnąć. Brzmi to jak jakaś abstrakcja, ale takie mam postanowienie. Ostatnio się trochę rozregulowałam. I to bardzo nie dobrze wpływa na mnie, na innych i na to, co robię. Dlatego, czas unormować kilka rzeczy.

Będę się starała codziennie bądź co drugi dzień coś dla Was przygotować w formie wpisu a co tydzień ( lub dwa, zależy jak czas i chęci pozwolą) uraczę Was jakimś filmikiem czy to o książkach czy to o filmach. Będzie się działo i będę potrzebować dużej dawki motywacji by coś tworzyć.

W dzisiejszym poście, kilka premier które być może Was też zainteresują.

SERIALE:

Cóż, na restart moich ulubionych seriali będę musiała poczekać do września, jednak 18/08/2017 swoją premierę miał serial „Defenders” od Netflixa. Głównym wątkiem jest ochrona Nowego Jorku przed bandziorami, którzy chcą przejąć władzę nad miastem. A tymi, którzy mają chronić biednych Nowojorczyków, są: Jessica Jones, Luke Cage, Daredevil i Iron Fist. Pewnie myślicie sobie: no już więcej ich matka nie miała, nie? Też mnie to trochę martwiło, ale dałam tej produkcji szansę. I trochę się zawiodłam. Przez pierwsze trzy odcinki, mamy prezentację postaci a dopiero w czwartym, coś zaczyna się dziać. Sceny walki są widowiskowe, lecz nie tak bardzo jak w pojedynczych produkcjach. A jeśli chodzi o całość produkcji, to pozostał ogromny niedosyt.

 

FILM:

„Valerian i miasto tysiąca planet”, reż Luc Beson, występują: Cara Delevingne, Dan DeHaan, Clive Owen, data premiery: 20.07.2017, czas trwania: 137 min.

Czwartego sierpnia miała miejsce premiera jednego z najbardhziej oczekiwanych przeze mnie filmów, czyli „Valerian i Miasto Tysiąca Planet.” Byłam na premierze… I… Dostałam taki gniot, że aż się sama zdziwiłam. Pierwszy raz zasnęłam w kinie, gdzie nigdy w życiu mi się to nie zdarzyło. Ale może zacznę od pozytywnych aspektów. Jedynym atutem tej produkcji jest jej aspekt wizualny. Tutaj składam pokłony producentom CGI i ekspertom od efektów wizualnych. Obraz jest przepiękny pod tym względem i warto go obejrzeć w kinie, gdyż na małym ekranie już tego efektu „wow” nie będzie. No to tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Czas na moją bardzo subiektywną opinię. Ale od czego by tu zacząć… A, no może od pierwowzoru. W latach 60. ubiegłego wieku powstał rewelacyjny komiks pt. „Valerian i Lauraline”, który to zapoczątkował nurt epickich komiksów o przygodach łotrzyka o złotym sercu i jego towarzyszce, którzy ratują galaktykę i pakują się w różne dziwne historie. Brzmi znajomo, prawda? Bo właśnie Valerian był pierwowzorem do innego, ikonicznego już łotrzyka, czyli Hana Solo ( którego brawurowo sportretował Harrison Ford). W filmie poznajemy parę głównych bohaterów jako specjalnych agentów jakiejś super ważnej organizacji, działającej na rzecz ratowania galaktyki, o której nic nie wiemy i nic się nie dowiadujemy finalnie… Akcja zaczyna się od ataku na bajkową planetę Mul, która zostaje zniszczona. Nikt nie wie, dlaczego. A potem nagle przeskakujemy do jakiś bezsensownych scen rozmów między naszymi głównymi bohaterami. Środka wam nie opowiem, bo go przespałam. Obudziłam się na scenie z Rihanną, która grała jakiegoś zmiennkoształtnego stworka… o, pardon, powiedziałam grała? Miałam na myśli, że próbowała ale coś nie pykło w tym planie. Jak i w całym filmie. Nie dość, że główni bohaterowie są miałcy i pozbawieni charyzmy to  cały film kompletnie nie ma sensu… Miałam wrażenie, że oglądam kiepską podróbę Gwiezdnych Wojen z trochę lepszymi efektami wizualnymi. Mimo całej mojej sympatii do Dana DeHaana, stwierdzam, że zniszczył on postać Valeriana po całości. Zamiast pokazać go jako kogoś na wzór Hana Solo lub po prostu zinterpretować go na swój sposób, to zrobił się z tego taki Anakin Skywalker z „Zemsty Sithów”… Przykre.

Niestety, Beson puścił kilkaset milionów dolarów w kosmos. Trochę to smutne, zwłaszcza, że historia ma potencjał i na pewno mogłaby się wybronić, gdyby została odpowiednio przedstawiona. Jeśli macie się ochotę przekonać na własnej skórze, czy mam rację, podrzucam link do trailera:

 

„The Circle. Krąg” reż: James Ponsoldt, występują: Emma Watson, Tom Hanks, Bill Paxton, John Boyega, data premiery: 19.05.2017, czas trwania: 110 min.

Historia opowiedziana w tym filmie, jest bardzo współczesna i tyczy się naszego najbliższego otoczenia, czyli korzystania z Social Media. Jak uzewnętrzniamy się i dzielimy się wszystkim, często nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę pozbawiamy się naszej prywatności. Młoda kobieta, Mae Holland dostaje pracę w prestiżowej firmie internetowej, której zadaniem jest budowanie sieci na szeroką skalę. Podstawową zasadą, panującą w niej jest pełna przejrzystość. Czyli zakładasz profil na portalu społecznościowym i zamieszczasz na nim wszystko. Stan zdrowia, związki, gdzie jesteś, co robisz i z kim. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Mae jest zafascynowana tym światem i stara się dopasować. Czy jej to wychodzi? Tego musicie się dowiedzieć, oglądając film. Szczerze mówiąc, jakoś nie szczególnie mnie ten film powalił, przeraził czy wpłynął na mnie w taki sposób, bym na przykład ograniczyła swoje strony na Social Media… Nic z tych rzeczy, a chyba takie miał założenie autor książki, na podstawie której powstał ten film… Jeśli zbyt dużo o sobie udostępniasz, ludzie będą chcieli więcej aż wreszcie będzie musiało dojść do tragedii, by coś do ciebie dotarło. Mimo, iż w filmie jest to gdzieś tam wyeksponowane, to nie było tego efektu „wow”. Być może jestem zbyt zblazowana by tego typu dystopie robiły na mnie wrażenie, gdyż zbyt wiele już ich widziałam. W mojej ocenie film był przeciętny. Zostawiam Wam trailer, gdybyście chcieli się sami przekonać, czy warto go zobaczyć, czy też nie:

„The Dark Tower. Mroczna Wieża.” reż: Nikolaj Arcel, występują: Idris Elba, Matthew McConaughey. czas trwania: 95 min.

Jest to jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Nawet gorszy niż „Valerian”, co jest ciężko sobie wyobrazić. Wiem, że jest grono osób, które zaraz zacznie się burzyć, że jak to tak mogę osądzać film, nad którym tyle osób ciężko pracowało i poświęciło wiele by mógł powstać. Mogę. Tym właśnie zajmuje się recenzent, choć ja tylko wyrażam swoją subiektywną opinię. Nic poza tym. Więc możecie ją uznać za wartościową bądź nie. To już wasza sprawa. A jaki mam argument za tym, że jest to kiepska produkcja? O tym poniżej, zapraszam do lektury.

Ostatni Rycerz, Roland Deschain (Idris Elba), uwięziony w niekończącej się walce z Walterem O’Dimem, znanym także jako Człowiek w czerni (Matthew McConaughey), ze wszystkich sił stara się powstrzymać go przed zburzeniem Mrocznej Wieży, która spaja światy. W imię przetrwania światów, w ostatecznej walce zderzą się ze sobą dobro i zło. Tylko Roland może ocalić Wieżę przed Człowiekiem w czerni. Czy mu się uda? Tego dowiecie się, czytając książkę bądź oglądając film…

Zacznę może od rzeczy, które mi się spodobały w tym filmie. Mianowicie efekty wizualnie i koncepcja całego filmu. Gra świateł i ciekawe prowadzenie kamery, sprawiało, że nawet dobrze się bawiłam oglądając tę produkcję. Jeśli nie znałabym książek, zapewne bym stwierdziła, że film jest super. Chociaż… Niektóre wątki wydały mi się nie do końca zrozumiałe i potrzebne, to po pierwsze. Po drugie, główny bohater ( Idris Elba) wcale nie jest głównym bohaterem. Jest odstawiony trochę na drugi plan, a na pierwszym pojawia się postać Jake’a ( Tom Taylor). Trochę to dziwny zabieg ze strony twórców, no ale może ja się nie znam. Świat wykreowany w książkach jest bardzo skomplikowany i ma w sobie pewnego rodzaju magię. Podróże między światami przenikają się jak sny, natomiast w filmie… Hm… To już będziecie musieli obejrzeć sami, bo ja nie mam słów na to, co tam się stało.

Ogólnie, film był średni. Mimo zaangażowania tak dobrych aktorów jak Matthew McConaughey czy Idris Elba, którego osobiście bardzo cenię i lubię, to najlepiej spisał się Tom Taylor, oddając w pełni postać młodego Jake’a. Wszystko inne to jedno wielkie nieporozumienie. I naprawdę nie rozumiem, jak z tak dobrego materiału, zostało wyciągnięte tylko 95 minut! Jeśli macie się ochotę zobaczyć tę produkcję, zapraszam do kina,  a tu zostawiam trailer:

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o mój mały przegląd filmowo-serialowy. Niestety, nie wymieniłam tu wszystkich produkcji, jakie ostatnio widziałam, ale tylko te, które zapadły mi w jakiś sposób w pamięć. We wrześniu pojawi się kolejny, dlatego wypatrujcie.

A tymczasem, borem lasem, żegnam się.

Pozdrawiam i do następnego,

Meg.

 

 

 

Bez kategorii

Episode #180: ” O miłości, szaleństwie i niespełnionych pragnieniach” czyli „Trzy godziny ciszy” Patrycji Gryciuk.

 

gryciuk-2-337x535

Autor: Patrycja Gryciuk.

Tytuł: „Trzy godziny ciszy”.

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 341.

” Już teraz wiem, że dni są tylko po to, by do ciebie wracać każdą nocą złotą. Nie znam słów, co mają jakiś większy sens, jeśli tylko jedno- jedno tylko wiem: być tam, zawsze tam, gdzie ty” – Lady Pank.

Wiele może się wydarzyć przez trzy godziny. Wiele można sobie powiedzieć, nie używając słów. A gdy wysyłamy puste listy, często wyraża to więcej niż jakiekolwiek słowa, które do kogoś napisaliśmy.

Patrycja jest ciężko chora. Zostało jej niewiele czasu, dlatego postanawia wyruszyć do Gourdon – niewielkiej miejscowości na południu Francji, gdzie spędzała swoje dziecięce lata wraz z braćmi i rodzicami. To tam poznała Marnixa, jej pierwszą miłość. Miłość, która doprowadziła ją do rozpaczy… Próbuje ściągnąć go do Gourdon. Chce go zobaczyć, znowu porozmawiać, choć od dziewięciu lat nie mają ze sobą kontaktu… Czy warto ponownie zagłębiać się w przeszłość, przeżywać wszystko od początku właśnie wtedy, gdy wiemy, że to nasze ostatnie chwile? Patrycja zabiera nas w podróż, która jest pasmem słodko-gorzkich wspomnień, pomieszanych z rzeczywistością. Autorka sprytnie wplata elementy z przeszłości w wydarzenia, które przeżywa bohaterka po powrocie do Gourdon. Podczas lektury, mamy wrażenie, że jesteśmy w tym mieście w letni, upalny dzień i obserwujemy Patrycję, którą pomimo upływu wielu lat, nadal dręczą koszmary z przeszłości.

Nadal jestem trochę w szoku, po tym, co przeczytałam. Takim emocjonalnym. Historia Patrycji nie jest prosta, łatwa i przyjemna. Nie jest usłana płatkami róż… Nie. Jest czasem gorzka, czasem słodka, czasem przerażająca. Jest jak nasze życie. Pełna niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów, czasem letargu, szaleństwa i obsesyjnego dążenia do czegoś, co wiemy, że się nie uda lub od początku skazane jest na porażkę… Ta historia daje do myślenia. Budzi w nas współczucie do głównej bohaterki, niechęć do samolubnych zachowań jej brata i lekkie skołowanie, co do działań Marnixa… Pokazuje, jak skomplikowana potrafi być przyjaźń i miłość. Ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić i jak obsesja i wyrzuty sumienia mogą ją zniszczyć…

Nie powiem, że jest to łatwa książka ale na pewno warta przeczytania. Choćby dla samego emocjonalnego „przetrzepania”, które potrzebne jest każdemu z nas. Na pewno jeszcze długo będę pamiętać tę historię i choć jest ona przygnębiająca, pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Za możliwość przeczytania powieści, dziękuję autorce.

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

Bez kategorii

Episode #179 : Wakacyjny przewodnik : Hiszpania, jakiej nie znacie.

Hiszpania_Fiesta_dobra_na_wszystko_okładka

Autor: Bernatowicz Maciej,

Tytuł: „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko.”

Liczba stron: 412

Wydawnictwo: Muza.

 

 

 

 

Czy wracając z Katalonii, możemy powiedzieć, że byliśmy w Hiszpanii? Dlaczego najwspanialsze zabytki w tym kraju mają arabski rodowód? Jak Hiszpanie oceniają czasy podboju Ameryk i okres ich kolonizacji? Odpowiedzi na te i inne pytania, znajdziecie w niezwykłym przewodniku Macieja Bernatowicza, który z niezwykłą precyzją, pokazuje nam, kim są prawdziwi Hiszpanie, czy wszystkie „przywary” jakie im nadajemy są prawdziwe i czy faktycznie fiesta jest dobra na wszystko.

Zagłębia się w historię Katalonii i tłumaczy, dlaczego Katalończycy nie uznają się za Hiszpanów. I skąd w ogóle wziął się ich nacjonalistyczny pęd do niepodległości. Co jest specjalnością w Andaluzji i czy Santiago Bernabeu jest faktycznie warty zobaczenia. Dzięki tej książce, możemy poczuć klimat gorącej Hiszpanii. Przenieść się na chwilę do pięknej Barcelony, podziwiać widoki z wieży katedralnej w Sewilli, dowiedzieć się trochę na temat malowniczo położonego klasztoru w Covadondze aż wreszcie, gdzie w Madrycie możemy dobrze zjeść i z czego, poza owocami cytrusowymi, fiesty i radości z życia, słyną jeszcze Hiszpanie.

Na pewno jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy mają zamiar wybrać się do kraju Basków. I są ciekawi jego historii, ustroju politycznego, zwyczajów, tradycji oraz tego, jacy właściwie są Hiszpanie. I czy faktycznie są tacy otwarci i bezpruderyjni, jak mówią o nich inni Europejczycy. Maciej Bernatowicz udowadnia nam, że jest to naród niezwykle złożony, zależny od regionu, w jakim się znajduje. Na południu, faktycznie ludzie są bardziej otwarci, natomiast północ często bywa chłodniejsza i bardziej zdystansowana, choć te subtelne różnice dla laika są niemal niezauważalne. Dużo można się dowiedzieć też o tradycji Corridy i biegów z bykami i dlaczego są one tak istotne dla Hiszpanów.

Piękne zdjęcia i ciekawostki, jakimi zarzuca nas autor, sprawiają, że książkę czyta się wyjątkowo dobrze. Co jest istotne, znajdziecie tu miejsca, które zwykle nie są wspominane nawet w tradycyjnych przewodnikach. Dlatego, jeśli wybieracie się do Hiszpanii lub po prostu chcecie się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego niezwykle pięknego kraju, zachęcam do lektury. Na pewno nie będziecie żałować. Kto wie, może ktoś z Was się zainspiruje i wyruszy w swoją osobistą podróż życia.

Za możliwość zapoznania się z tą książką dziękuję Wydawnictwu Muza.

To, co? Kto rusza ze mną w przyszłym roku do Hiszpanii? 😀

Z czytelniczym adieu,

Meg.