Bez kategorii

Episode #171 : ” O Polsce, strachu i kobietach” czyli rozmowy Najsztuba z Sumińską o tym, co się w życiu liczy.

Najsztub i Sumińska o Polsce, strachu i kobietach_okładka front

Autor: Irena A. Stanisławka.

Tytuł: „Najsztub i Sumińska. O Polsce, strachu i kobietach.”

Wydawnictwo: Czarna Owca.

Liczba stron: 164.

Piotr Najsztub – kontrowersyjny dziennikarz i publicysta. Mający w głębokim poważaniu opinię innych o swojej osobie. Z zamiłowania, lubi zadawać niewygodne pytania.

Dorota Sumińska – nazywana też „Matką Polką od zwierząt”. Pani weterynarz o wielkim sercu dla naszych czworonożnych przyjaciół.

Pewnego dnia te dwie z pozoru różne osobowości, postanowiły się spotkać i porozmawiać o tym, co ich w życiu gryzie. Pani Irena Stanisławska zadawała pytania, a jej goście odpowiadali. Poruszali tematy poszukiwania naszych korzeni. Skąd się wywodzimy, o zwierzęcej naturze człowieka i kulturze, która niekoniecznie jest dla nas czymś dobrym.

Wywiad-rzeka, w którym dowiadujemy się ciekawych rzeczy na temat poglądów obu pana Najsztuba i pani Sumińskiej. O tym, dlaczego warto czasem pokazać swoją zwierzęcą naturę i dlaczego powinniśmy więcej ze sobą rozmawiać. O współczesnym społeczeństwie, związkach i włoskim bigosie. Kobiecej sile obserwowanej z szafy oraz lęku przed agresywną męskością.  Tematy poruszane już wielokrotnie, ale w tym wydaniu dość nietuzinkowo ujęte.

Zawsze lubiłam oglądać programy, które prowadziła pani Sumińska. Opowiadała ona w bardzo naturalny i prosty sposób o tym,jak dbać o naszych pupili i co zrobić, by być lepszymi właścicielami. I w tej rozmowie, pokazała klasę i swój mocno altruistyczny charakter. Pana Najsztuba szanuję za jego poglądy i za to, że mimo krytyki, zawsze ma swoje zdanie.

Jeśli lubicie wywiady-rzeki, ta pozycja jest dla Was. Znajdziecie tutaj bardzo zgrabnie poprowadzoną rozmowę z dwoma silnymi charakterami, które na pozór mogło by się wydawać, nie dogadałyby się w żadnej kwestii. Ta książka jednak pokazuje, że da się i można. Jak? Zapraszam do lektury.

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Z czytelniczym adieu,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #170 : ” O metodzie na długowieczność według Szwedów, czyli słów kilka o ” Projekcie zdrowie” Andersa Hansena i Carla Johana Sundberga.

Projekt zdrowie_okladka

Autor: Anders Hansen, Carl Johan Sundberg

Tytuł: „Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta. Jak świadomie wyćwiczyć ciało i umysł”

Wydawnictwo: Smak Słowa.

Rok wydania: 2017

Ilość stron: 245.

„Wyobraź sobie, że masz przed sobą tabletkę. Jest to najbardziej zaawansowane lekarstwo, jakiego świat dotąd nie widział. Właśnie tą jedną pigułką możesz radykalnie zmniejszyć ryzyko zachorowania na jedną z długiej listy groźnych chorób. Cukrzyca, atak serca, depresja, choroby wieńcowe, a także różne rodzaje nowotworów – to tylko niektóre spośród nich. A to jeszcze nie wszystko. Będziesz czuć się lepiej, mieć więcej energii, będziesz lepiej sypiać i poprawisz swoją koncentrację. Wzrośnie twoja odporność i będziesz dłużej żyć. Wiele lat dłużej. Staniesz się młodszy w sensie biologicznym. Twoje serce się wzmocni, a w twoim mózgu powstaną nowe komórki.
Jest taka pigułka – nazywa się aktywność fizyczna! Mówiąc dokładnie, jest to tak proste, jak trzydzieści minut szybkiego spaceru dziennie. Nie trzeba wcale uczestniczyć w maratonie lub Biegu Wazów. Nie trzeba nawet spacerować. Ważne jest, byś każdego dnia przez pół godziny wykonywał czynność, która pod względem aktywności fizycznej będzie podobna do spaceru.”

Dwóch wybitnych naukowców postanowiło napisać poradnik. I to nie taki, w którym to opowiadają, że trzeba się wziąć za siebie bo to jest trendy, modne i przede wszystkim zdrowe. Owszem, jest to wielokrotnie wspomniane w tejże pozycji, jednak panowie Hansen i Sundberg, starają się nas przekonać, że nawet pół godziny spaceru, działa na nas zbawiennie. I gdy będziemy codziennie wykonywać ćwiczenia podobne do tego rodzaju ruchu, staniemy się zdrowsi. Czy to faktycznie działa? Trzeba by się przekonać na własnej skórze. Osobiście nie uważam, by po przeczytaniu tego typu książki, od razu coś się zmieniło w naszym postrzeganiu własnego zdrowia czy kondycji. Jednak może to nam dać bardzo dużego „kopa” w dążeniu do osiągnięcia swoich celów. Czy to zdrowotnych czy czysto wizualnych, jak zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. W „Projekcie zdrowie” na pewno każdy znajdzie coś, co może go zainteresować. I co może nas zmobilizować do codziennej pracy na rzecz naszego zdrowia fizycznego i psychicznego, o którym bardzo często w pędzie dzisiejszego świata, zapominamy.

Już od dawna wiadomo, że „w zdrowym ciele, zdrowy duch” i że aktywność fizyczna jest zbawienna dla naszego całego organizmu. Jednak nie każdy o tym pamięta. Dlatego czasem warto jest sobie przypomnieć takie „oczywiste oczywistości”.  Czy poleciłabym ten poradnik? Owszem. Pomimo bardzo naukowego podejścia do sprawy, autorzy starają się przedstawić problem w sposób prosty, przystępny i przejrzysty. Bardzo podobały mi się wyróżnienia, zastosowane w tekście, które pozwalały szybko nawigować do konkretnego punktu, jaki mnie zainteresował. Okładka przyciąga uwagę ładnym kolorem i ciekawą grafiką. Jednym słowem, polecam. Bardzo przyjemna lektura, która może, a nawet powinna, zmotywować wszystkich do aktywności fizycznej i do korzystania z prostych tricków, zawartych w tym poradniku.

Za możliwość zapoznania się z książką, dziękuję Wydawnictwu Smak Słowa.

A co Wy myślicie o tego typu poradnikach? Czytacie? Stosujecie się do rad? Zapraszam do dyskusji!

A tymczasem, borem, lasem, żegnam się czytelniczo,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #169 : [PRZEDPREMIEROWO] „O przyjaźni, która przetrwa wszystko według Sary Barnard”. – „Piękne złamane serca”.

SB_BBT_cover_PL_front

Autor: Sara Barnard

Tytuł: „Piękne Złamane Serca”

Wydawnictwo: Insignis.

Premiera: 5.07.2017

Liczba stron: 357.

Caddy i Rosie zawsze były nierozłączne, dopóki nie pojawiła się Suzanne. Teraz Caddy nie chce być już szarą myszką. chce by w jej życiu wreszcie coś się wydarzyło. Suzanne pragnie uciec od własnej przeszłości i stać się kimś innym. Chce być wolna. Ale czasem wszystko potrafi wymknąć się spod kontroli. A nikt nie jest w stanie złamać serca, jak najlepsza przyjaciółka.

Niby historia, jakich wiele. Można nawet pomyśleć, że to jakieś romansidło dla nastolatków. Taki odgrzewany dwadzieścia razy kotlet… Ale po zagłębieniu się w lekturę „Pięknych złamanych serc” okazuje się coś całkiem przeciwnego. Bardzo zgrabnie napisana opowieść o trzech z pozoru bardzo różnych od siebie nastolatek. Przyjaciółek, które mają swoje sekrety i próbują je zachować w tajemnicy, jak najdłużej potrafią. Jest Caddy, trochę szara myszka, uczennica prywatnej szkoły dla dziewcząt, chce zmienić swoje życie i przeżyć „Epokowe Wydarzenie”. Rosie, która w głowie ma tylko chłopców i imprezy, lecz Caddy nie zamieniłaby jej na nikogo innego. I jest też Suzanne… Tajemnicza nowa koleżanka Rosie. Caddy jakoś nie szczególnie ją lubi… Choć jest bardzo miła i stara się być jej przyjaciółką… W pewnym sensie, to dziewczyna ma wrażenie, że Suze ukrywa jakiś mroczny sekret…

Czy ma rację? Tego musicie się dowiedzieć, sięgając po tę niezwykle wciągającą książkę. Zwykle jakoś szczególnie nie przepadam za opowieściami, pisanymi w pierwszej osobie, jednak tą czytało mi się wyjątkowo dobrze. Muszę też wspomnieć dwa słowa o cudownej okładce, która zachęciła mnie do sięgnięcia po tę historię. Szczerze mówiąc, tytuł mnie trochę zmylił. A gdy przeczytałam opis, stwierdziłam, że jest to historia, którą chcę poznać. I nie żałuję ani minuty, spędzonej na czytaniu. Przyjemna lektura na leniwy, letni dzień na plaży, choć dająca trochę do myślenia. Przyjaźń jest pięknym i bardzo rzadkim uczuciem w dzisiejszych czasach. Mam na myśli tę prawdziwą, szczerą przyjaźń. Na dobre i złe. Tą, która boli i daje radość. W książce Sary Barnard, znajdziecie wiele odcieni przyjaźni. Polecam gorąco też czytanie tej książki z albumem „X” Eda Sheerana. Oddaje całkowicie klimat tej historii.

A za możliwość przedpremierowego zapoznania się z książką, dziękuję Wydawnictwu Insignis.

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Bez kategorii

Episode #168 : Nowy miesiąc, czyli czas na kolejną dawkę świeżutkiej fantastyki. „Nowa Fantastyka 07/2017” .

Fantastyka

Tytuł: „Nowa Fantastyka”

Format: Miesięcznik.

Numer: 07/2017.

Liczba stron: 78

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka.

Jak co miesiąc, tak i w tym, przychodzę do Was z jeszcze cieplutkim numerem ” Nowej Fantastyki”, w której to znajdziecie bardzo dużo dobrego sci-fi. Ten numer obfituje w wiele tekstów o tematyce czysto fantastyczno-naukowej z naciskiem na horror. Dużo miejsca też poświęcono filmom, co jest wręcz miodem na moje serce. Skoro już o tym mowa, to zachęcam do zapoznania się z wnikliwym tekstem Radosława Pisula na temat jednego z moich ulubionych komiksów poza głównymi nurtami jak DC czy Marvel, czyli o „Valerianie”. Luc Besson postanowił wrócić do swoich korzeni, czyli do space opery i zrobił film na podstawie komiksu, którego akcja rozgrywa się gdzieś w odległej galaktyce. Czy udało mu się zrobić arcydzieło? Tego nie wiem, przekonam się dopiero jak je zobaczę. Ale sądząc po trailerze, będzie ogień. Dlatego nie mogę się doczekać na premierę. W tym numerze znajdziecie też bardzo fajny wywiad z autorką serii ” The Bone Season”, czyli z Samanthą Shanon, która opowiada trochę o swojej fascynacji dystopiami i jak owe dystopie wpływają na otaczającą nas rzeczywistość. Tekst godny uwagi. Polecam też bardzo fajny tekst Jerzego Rzymowskiego o serialu „Sense8”, który bije rekordy popularności ale zapowiada się, że nie powstaną kolejne sezony, gdyż tworzenie tego serialu jest zbyt drogie. Szerzej na ten temat możecie poczytać w artykule. Bardzo kosmicznie „straszy” nas też Maciej Bachorski w swoim artykule o kosmicznych kataklizmach. Jeśli chodzi o opowiadania, to moją uwagę przykuły „Zapach Królowej” oraz „Pogoda dla Zduchaczy”. Dwa zupełnie różne tematycznie od siebie opowiadania, jednak mające w sobie coś fajnego, co sprawiło, że czytało mi się je z wyjątkową przyjemnością.

Kontynuacja tekstu Macieja Parowskiego o awangardzie i fantastyce zasługuje na uwagę, zwłaszcza jeśli jesteście ciekawi jak te dwa z pozoru różne nurty się łączą i przenikają. Poza tym, w numerze mnóstwo naprawdę świetnych książek, między innymi „Wrota Obelisków” N.K Jemesin czy recenzja „Wonder Woman”, która okazała się być pierwszym, dobrym filmem z uniwersum DC.

No i to by było na tyle. Od piątku, „Nowa Fantastyka” dostępna w Waszych kioskach, dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po dawkę dobrej lektury na lato. Jeśli nie chcecie tachać ze sobą książek, gazeta idealnie zmieści się do torby plażowej. 😉

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

 

Bez kategorii

Episode #167 : „Mary, strachy i dreszcze” czyli o dwóch klasycznych powieściach grozy w nowej odsłonie – „Frankenstein” Mary Shelley i „Egzorcysta” Williama Petera Blatty.

Witajcie!

Jeśli śledzicie mojego bloga, to zapewne wiecie, że jednym z moich ulubionych gatunków literackich jest horror. I to nie taki z apokalipsą zombie w tle. Nie. Prawdziwy, klasyczny horror, który wchodzi pod skórę i sprawia, że boimy się zasnąć w nocy. Jest bardzo niewiele książek, które dziś dają taki efekt. Nawet te, które uznaje się za „klasykę”, często trącają przewidywalnością albo są już tak „zmęczone” przez przemysł filmowy, że nawet nie mamy ochoty do nich wracać. Tak może być na przykład w przypadku „Drakuli” Brama Stokera, który miał już tak wiele wcieleń i adaptacji, że groza, którą budził, gdzieś zniknęła w natłoku hollywoodzkich wizji. Podobnie rzecz ma się z „Frankensteinem” Mary Shelley. Historia młodego naukowca, Victora Frankensteina, który tworzy człekokształtną istotę i ożywia ją za pomocą energii elektrycznej jest już kultowym obrazem grozy. Ta wizja obudziła w twórcach i naukowcach pomysł, że może faktycznie można stworzyć istotę podobną do stwora Frankensteina… Odnoszę wrażenie, że późniejsi twórcy zombie też odnieśli się do tego nowożytnego mitu, który odcisnął niewiarygodnie silne piętno na wyobraźni współczesnych twórców i wciąż zaskakuje i poraża swoją głębią. Bo to nie jest tylko historia o szalonym naukowcu, chcącym stworzyć sobie potomstwo. To też przedstawienie pewnego rodzaju matczynej miłości i oddania poprzez reakcje głównego bohatera na to, co stworzył. Pomimo, iż znałam tę historię już od dawna, to czytając ją po raz kolejny, odkryłam, że jest w niej dużo ukrytych aluzji i odniesień do zachowań społecznych i reakcji na to, co jest niewyjaśnione i nowe.

Czy poleciłabym tę lekturę? Tak. Jeśli lubicie klasyczne opowieści o potworach i marach, to na pewno nie będziecie się nudzić, czytając „Frankensteina”. Muszę też pochwalić pracę, jaką wykonał pan Maciej Płaza, opracowując całą książkę. Został zachowany w niej klimat oryginalnej powieści. W posłowiu, zostały wyjaśnione wątki, które mogły być niezrozumiałe dla czytelników a także została przedstawiona historia autorki, dzięki czemu można spojrzeć na tę powieść nieco inaczej. Moim zdaniem, jest to książka, z którą powinien zapoznać się każdy fan horroru.

frankenstein-w-iext43250247

Autor: Mary Shelley

Tytuł: „Frankenstein”

Wydawnictwo: Vesper.

Rok wydania: 2013

Liczba stron: 349.

Druga powieść, o której Wam dzisiaj opowiem, jest nieco inna. Osadzona w bardziej „realnym” świecie i, jeśli jesteście osobami wierzącymi w siły nadprzyrodzone, bardzo realistyczna. Było wiele adaptacji filmowych „Egzorcysty” oraz tak zwanych „spin-offów” od tematu. Można powiedzieć, że tak samo, jak Frankenstein, ta powieść została już tak „przemielona”, że nic nowego się tu zdarzyć nie może. A jednak może. W uzupełnionym wydaniu z okazji 40. rocznicy powstania książki, można na nowo odkryć, czym tak naprawdę jest ta historia, która przeraża nie samą tematyką a realnością, jaka się przez nią przebija. I to chyba najbardziej przemawia na korzyść tej powieści.

Historia dziewczynki, której lekarze nie potrafili pomóc, bo miała w sobie demona może się wydawać dość abstrakcyjna, jednak jestem przekonana, że po przeczytaniu książki, poczujecie lekkie ciarki. I to jest właśnie urok dawnych powieści grozy. Mają w sobie ten nieco oklepany schemat, który pozwala nam przewidzieć, co się stanie a jednocześnie sprawia, że dreszcze biegną nam po plecach i potem boimy się zasnąć. Współcześnie, jest niewiele książek, które potrafi wywołać taki efekt, przynajmniej na mnie. Dlatego tak bardzo lubię wracać do klasyków gatunku.

egzorcys

Autor: William Peter Blatty

Tytuł: „Egzorcysta”

Rok wydania: 1971 / 2011 – 40. rocznica wydania.

Wydawnictwo: Vesper.

Liczba stron: 354.

 

Za obie cudowne powieści, dziękuję Wydawnictwu Vesper.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po oba klasyczne utwory. Jeśli lubicie horrory, na pewno przypadną Wam do gustu. Jak wspominałam, mam dość specyficzny gust jeśli chodzi o książki i czasem podobają mi się te, które nie do końca mogą zyskać sobie fanów wśród czytelniczego grona. Ale mam nadzieję, że jednak dacie się przekonać i kto wie, może też polubicie horrory „z duszą” a nie tylko bezsensowną siekankę, gdzie leje się krew i latają części ciał.

Z czytelniczym salut!

Meg.

Bez kategorii

Episode #166 : „Siła kobiecej przyjaźni w najnowszej powieści Wandy Majer-Pietrzak „Srebrny Widelec”

srebrny

Autor: Wanda Majcher-Pietrzak

Tytuł: „Srebrny Widelec”

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 317

Laura i Antonina nie mogły być bardziej do siebie nie podobne. Różniło je wszystko. Wiek, doświadczenie. Lecz obie dążą do odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Wiedzą, że wielkie uczucia i życiowe dramaty to nie tylko scenariusze, napisane przez scenarzystów i odgrywane na teatralnych deskach. A samo życie to często pasmo rozczarowań.

Los jednak bywa przewrotny, bo gdy obie już tracą wszelką nadzieję, że spotka je coś dobrego, nieoczekiwanie wszystko się zmienia. Powraca wielka, utracona miłość, kariera rozwija się w zaskakujący sposób a starzy znajomi dostarczają coraz to nowych dowodów prawdziwej przyjaźni. Wszystko układa się pomyślnie, ale niestety przeznaczenie znów płata im figle…

Czytając najnowszą powieść Wandy Majer-Pietrzak na pewno nie można spodziewać się nudy. Historia jest prowadzona ciekawie, choć ja osobiście nie przepadam za tego typu obyczajową literaturą. Jednak postanowiłam dać jej szansę i powoli przekonuję się, że nie jest ona taka straszna. Czasem warto jest wyjść ze swojego „bunkra” i spróbować czegoś, co zupełnie nie jest w naszym stylu. Powieść „Srebrny Widelec” była kolejną obyczajowo-romantyczną historią, po którą sięgnęłam i muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Autorka skupiła się głównie na wątku przyjaźni między dwiema głównymi bohaterkami i że takie miejsca, jak „Srebrny Widelec” mogą być początkiem nie jednej, niezwykłej historii.

Podobało mi się w jak subtelny i prosty sposób pani Wanda przedstawia swoją opowieść. Jak łatwo można zapałać sympatią do jej bohaterów a czasem nawet się trochę na nich powkurzać, gdy robią jakieś głupoty. Czy poleciłabym tę książkę? Tak. Myślę, że osoby lubiące tego typu historie na pewno nie będą zawiedzione. A i nawet ci, którzy nie specjalnie lubią obyczajówki, mogą znaleźć tutaj coś dla siebie. Jeśli brakuje Wam jakiejś lekkiej i przyjemnej lektury na weekend, to „Srebrny Widelec” na pewno powinien znaleźć się na Waszych półkach.  A dodając do tego przepiękną oprawę graficzną, na pewno będzie ona ozdobą domowej biblioteczki.

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Muza.

 

Bez kategorii

Episode #165: ” Wonder Woman” czyli jak DC próbuje kopiować Marvela ale coś im nie wychodzi… Nie do końca.

WonderWoman

Tytuł : „Wonder Woman”

Reżyseria: Patty Jenkins.

Rok produkcji: 2017

Seria: „Wonder Woman” na postawie scenariuszy Williama Moulton Marstona.

Występują: Gal Gadot, Chris Pine, David Thewlis, Robin Wright.

Produkcja: Universal Studios/DC.

Długo zastanawiałam się nad tym, co napisać na temat tej produkcji… Aż w końcu zebrałam się i stwierdziłam, że będę obiektywna w swojej ocenie. Zatem, zaczynajmy.

„Wonder Woman” opowiada historię dzielnej Amazonki, Diany, córki Hipolity ( Gal Gadot), która to pewnego dnia ratuje życie Amerykańskiemu pilotowi Steve’owi Trevorowi ( Chris Pine). Jego samolot rozbija się u wybrzeży rajskiej wyspy, zamieszkanej przez Amazonki. Jego pojawienie się, budzi nie małe kontrowersje wśród mieszkanek tego zakątka. Mężczyzna opowiada im o konflikcie, jaki rozgrywa się na świecie i że życie milionów niewinnych ludzi jest zagrożone. Słysząc te rewelacje, Diana postanawia wyruszyć razem z młodym pilotem do Londynu, gdzie mają odnaleźć Aresa, boga wojny i go zabić by zakończyć wszelkie wojny. Ale sprawy zaczynają się komplikować a kobieta zdaje sobie sprawę, że jej wizja ludzkości była nieco przekłamana. Mimo to, postanawia pomóc swojemu nowemu przyjacielowi. A co z tego wyniknie? Cóż, musicie iść do kina by się przekonać.

Może zacznę od tego, co mi się podobało. Przede wszystkim, motyw muzyczny Wonder Woman, który nadawał charakteru całej postaci. Pomimo, że Gal jakoś nie szczególnie mnie przekonała jako Diana, gdy po raz pierwszy ją zobaczyłam w „Batman vs. Superman”, to w tej produkcji mi się spodobała. Sama wizja tej ikonicznej postaci też przypadła mi do gustu, choć wielu krytyków zmieszało z błotem wizje producentów. Cóż, najwyraźniej ci sami krytycy nie mieli do czynienia ze współczesnymi komiksami o „Wonder Woman” tylko zapamiętali nieco seksistowski obraz tej bohaterki z lat 70.   Historia sama w sobie była spójna i klarowna. Nie miałam wrażenia, że coś mnie ominęło, jak to miało miejsce na przykład w niektórych produkcjach MCU. Film był zrobiony efektownie, choć wiele wątków trochę mi nie pasowało. Motyw Doktor Poison był okropny. I ta zmiana złych postaci pod sam koniec filmu też miała tak wiele sensu, że wcale.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to nie mam się do czego przyczepić. Postaci były wyraźne, charyzmatyczne i na pewno zapadające w pamięć. Trochę sztywne sceny i przegadany początek można wybaczyć. Co mnie trochę drażniło, to za dużo zwolnień akcji. I dziwnych wygibasów, które składały się na styl walki Amazonek… Gdyby ta część była bardziej dynamiczna, na pewno film by na tym zyskał.

Końcowa walka była pokazem kiczu, jakiego dawno nie widziałam a zakończenie było tak oczywiste, że równie dobrze mogłam nie iść na film, by wiedzieć jak to się skończy. Ale taki już urok filmów, których tyka się Snyder… Co mocno można było zauważyć właśnie w końcowych scenach.

Jak wspomniałam na początku, trochę trudno mi ocenić ten film, bo … W sumie nie był taki zły. Poszłam na niego nie oczekując cudów, a dostałam całkiem dobrą produkcję, która bardzo podniosła poprzeczkę DCCU. Był to jeden z lepszych filmów na podstawie komiksów DC, choć nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że producenci bardzo chcieli uzyskać ten sam poziom, który czasem uzyskuje Marvel… A czy im się to udało? Cóż to już pozostawiam Wam do oceny.

Według mnie, film był nie najgorszy, dlatego mogę mu wystawić mocne 7,5/10.

Z filmowym aloha,

Meg.