Bez kategorii

Episode #181 : Przegląd filmowo-serialowy na sierpień.

Dzień dobry, cześć i czołem moi szanowni Czytelnicy!

Na wstępie mojego posta, chciałabym zaznaczyć, że wiele się zmieni zarówno na moim skromnym blogu jak i w moim około-blogowym życiu. Nie, nie zamierzam zamknąć tego bloga ( na Wasze nie-szczęście). A zamierzam ( wreszcie!) się ogarnąć. Brzmi to jak jakaś abstrakcja, ale takie mam postanowienie. Ostatnio się trochę rozregulowałam. I to bardzo nie dobrze wpływa na mnie, na innych i na to, co robię. Dlatego, czas unormować kilka rzeczy.

Będę się starała codziennie bądź co drugi dzień coś dla Was przygotować w formie wpisu a co tydzień ( lub dwa, zależy jak czas i chęci pozwolą) uraczę Was jakimś filmikiem czy to o książkach czy to o filmach. Będzie się działo i będę potrzebować dużej dawki motywacji by coś tworzyć.

W dzisiejszym poście, kilka premier które być może Was też zainteresują.

SERIALE:

Cóż, na restart moich ulubionych seriali będę musiała poczekać do września, jednak 18/08/2017 swoją premierę miał serial „Defenders” od Netflixa. Głównym wątkiem jest ochrona Nowego Jorku przed bandziorami, którzy chcą przejąć władzę nad miastem. A tymi, którzy mają chronić biednych Nowojorczyków, są: Jessica Jones, Luke Cage, Daredevil i Iron Fist. Pewnie myślicie sobie: no już więcej ich matka nie miała, nie? Też mnie to trochę martwiło, ale dałam tej produkcji szansę. I trochę się zawiodłam. Przez pierwsze trzy odcinki, mamy prezentację postaci a dopiero w czwartym, coś zaczyna się dziać. Sceny walki są widowiskowe, lecz nie tak bardzo jak w pojedynczych produkcjach. A jeśli chodzi o całość produkcji, to pozostał ogromny niedosyt.

 

FILM:

„Valerian i miasto tysiąca planet”, reż Luc Beson, występują: Cara Delevingne, Dan DeHaan, Clive Owen, data premiery: 20.07.2017, czas trwania: 137 min.

Czwartego sierpnia miała miejsce premiera jednego z najbardhziej oczekiwanych przeze mnie filmów, czyli „Valerian i Miasto Tysiąca Planet.” Byłam na premierze… I… Dostałam taki gniot, że aż się sama zdziwiłam. Pierwszy raz zasnęłam w kinie, gdzie nigdy w życiu mi się to nie zdarzyło. Ale może zacznę od pozytywnych aspektów. Jedynym atutem tej produkcji jest jej aspekt wizualny. Tutaj składam pokłony producentom CGI i ekspertom od efektów wizualnych. Obraz jest przepiękny pod tym względem i warto go obejrzeć w kinie, gdyż na małym ekranie już tego efektu „wow” nie będzie. No to tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Czas na moją bardzo subiektywną opinię. Ale od czego by tu zacząć… A, no może od pierwowzoru. W latach 60. ubiegłego wieku powstał rewelacyjny komiks pt. „Valerian i Lauraline”, który to zapoczątkował nurt epickich komiksów o przygodach łotrzyka o złotym sercu i jego towarzyszce, którzy ratują galaktykę i pakują się w różne dziwne historie. Brzmi znajomo, prawda? Bo właśnie Valerian był pierwowzorem do innego, ikonicznego już łotrzyka, czyli Hana Solo ( którego brawurowo sportretował Harrison Ford). W filmie poznajemy parę głównych bohaterów jako specjalnych agentów jakiejś super ważnej organizacji, działającej na rzecz ratowania galaktyki, o której nic nie wiemy i nic się nie dowiadujemy finalnie… Akcja zaczyna się od ataku na bajkową planetę Mul, która zostaje zniszczona. Nikt nie wie, dlaczego. A potem nagle przeskakujemy do jakiś bezsensownych scen rozmów między naszymi głównymi bohaterami. Środka wam nie opowiem, bo go przespałam. Obudziłam się na scenie z Rihanną, która grała jakiegoś zmiennkoształtnego stworka… o, pardon, powiedziałam grała? Miałam na myśli, że próbowała ale coś nie pykło w tym planie. Jak i w całym filmie. Nie dość, że główni bohaterowie są miałcy i pozbawieni charyzmy to  cały film kompletnie nie ma sensu… Miałam wrażenie, że oglądam kiepską podróbę Gwiezdnych Wojen z trochę lepszymi efektami wizualnymi. Mimo całej mojej sympatii do Dana DeHaana, stwierdzam, że zniszczył on postać Valeriana po całości. Zamiast pokazać go jako kogoś na wzór Hana Solo lub po prostu zinterpretować go na swój sposób, to zrobił się z tego taki Anakin Skywalker z „Zemsty Sithów”… Przykre.

Niestety, Beson puścił kilkaset milionów dolarów w kosmos. Trochę to smutne, zwłaszcza, że historia ma potencjał i na pewno mogłaby się wybronić, gdyby została odpowiednio przedstawiona. Jeśli macie się ochotę przekonać na własnej skórze, czy mam rację, podrzucam link do trailera:

 

„The Circle. Krąg” reż: James Ponsoldt, występują: Emma Watson, Tom Hanks, Bill Paxton, John Boyega, data premiery: 19.05.2017, czas trwania: 110 min.

Historia opowiedziana w tym filmie, jest bardzo współczesna i tyczy się naszego najbliższego otoczenia, czyli korzystania z Social Media. Jak uzewnętrzniamy się i dzielimy się wszystkim, często nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę pozbawiamy się naszej prywatności. Młoda kobieta, Mae Holland dostaje pracę w prestiżowej firmie internetowej, której zadaniem jest budowanie sieci na szeroką skalę. Podstawową zasadą, panującą w niej jest pełna przejrzystość. Czyli zakładasz profil na portalu społecznościowym i zamieszczasz na nim wszystko. Stan zdrowia, związki, gdzie jesteś, co robisz i z kim. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Mae jest zafascynowana tym światem i stara się dopasować. Czy jej to wychodzi? Tego musicie się dowiedzieć, oglądając film. Szczerze mówiąc, jakoś nie szczególnie mnie ten film powalił, przeraził czy wpłynął na mnie w taki sposób, bym na przykład ograniczyła swoje strony na Social Media… Nic z tych rzeczy, a chyba takie miał założenie autor książki, na podstawie której powstał ten film… Jeśli zbyt dużo o sobie udostępniasz, ludzie będą chcieli więcej aż wreszcie będzie musiało dojść do tragedii, by coś do ciebie dotarło. Mimo, iż w filmie jest to gdzieś tam wyeksponowane, to nie było tego efektu „wow”. Być może jestem zbyt zblazowana by tego typu dystopie robiły na mnie wrażenie, gdyż zbyt wiele już ich widziałam. W mojej ocenie film był przeciętny. Zostawiam Wam trailer, gdybyście chcieli się sami przekonać, czy warto go zobaczyć, czy też nie:

„The Dark Tower. Mroczna Wieża.” reż: Nikolaj Arcel, występują: Idris Elba, Matthew McConaughey. czas trwania: 95 min.

Jest to jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Nawet gorszy niż „Valerian”, co jest ciężko sobie wyobrazić. Wiem, że jest grono osób, które zaraz zacznie się burzyć, że jak to tak mogę osądzać film, nad którym tyle osób ciężko pracowało i poświęciło wiele by mógł powstać. Mogę. Tym właśnie zajmuje się recenzent, choć ja tylko wyrażam swoją subiektywną opinię. Nic poza tym. Więc możecie ją uznać za wartościową bądź nie. To już wasza sprawa. A jaki mam argument za tym, że jest to kiepska produkcja? O tym poniżej, zapraszam do lektury.

Ostatni Rycerz, Roland Deschain (Idris Elba), uwięziony w niekończącej się walce z Walterem O’Dimem, znanym także jako Człowiek w czerni (Matthew McConaughey), ze wszystkich sił stara się powstrzymać go przed zburzeniem Mrocznej Wieży, która spaja światy. W imię przetrwania światów, w ostatecznej walce zderzą się ze sobą dobro i zło. Tylko Roland może ocalić Wieżę przed Człowiekiem w czerni. Czy mu się uda? Tego dowiecie się, czytając książkę bądź oglądając film…

Zacznę może od rzeczy, które mi się spodobały w tym filmie. Mianowicie efekty wizualnie i koncepcja całego filmu. Gra świateł i ciekawe prowadzenie kamery, sprawiało, że nawet dobrze się bawiłam oglądając tę produkcję. Jeśli nie znałabym książek, zapewne bym stwierdziła, że film jest super. Chociaż… Niektóre wątki wydały mi się nie do końca zrozumiałe i potrzebne, to po pierwsze. Po drugie, główny bohater ( Idris Elba) wcale nie jest głównym bohaterem. Jest odstawiony trochę na drugi plan, a na pierwszym pojawia się postać Jake’a ( Tom Taylor). Trochę to dziwny zabieg ze strony twórców, no ale może ja się nie znam. Świat wykreowany w książkach jest bardzo skomplikowany i ma w sobie pewnego rodzaju magię. Podróże między światami przenikają się jak sny, natomiast w filmie… Hm… To już będziecie musieli obejrzeć sami, bo ja nie mam słów na to, co tam się stało.

Ogólnie, film był średni. Mimo zaangażowania tak dobrych aktorów jak Matthew McConaughey czy Idris Elba, którego osobiście bardzo cenię i lubię, to najlepiej spisał się Tom Taylor, oddając w pełni postać młodego Jake’a. Wszystko inne to jedno wielkie nieporozumienie. I naprawdę nie rozumiem, jak z tak dobrego materiału, zostało wyciągnięte tylko 95 minut! Jeśli macie się ochotę zobaczyć tę produkcję, zapraszam do kina,  a tu zostawiam trailer:

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o mój mały przegląd filmowo-serialowy. Niestety, nie wymieniłam tu wszystkich produkcji, jakie ostatnio widziałam, ale tylko te, które zapadły mi w jakiś sposób w pamięć. We wrześniu pojawi się kolejny, dlatego wypatrujcie.

A tymczasem, borem lasem, żegnam się.

Pozdrawiam i do następnego,

Meg.

 

 

 

Reklamy
Bez kategorii

Episode #180: ” O miłości, szaleństwie i niespełnionych pragnieniach” czyli „Trzy godziny ciszy” Patrycji Gryciuk.

 

gryciuk-2-337x535

Autor: Patrycja Gryciuk.

Tytuł: „Trzy godziny ciszy”.

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 341.

” Już teraz wiem, że dni są tylko po to, by do ciebie wracać każdą nocą złotą. Nie znam słów, co mają jakiś większy sens, jeśli tylko jedno- jedno tylko wiem: być tam, zawsze tam, gdzie ty” – Lady Pank.

Wiele może się wydarzyć przez trzy godziny. Wiele można sobie powiedzieć, nie używając słów. A gdy wysyłamy puste listy, często wyraża to więcej niż jakiekolwiek słowa, które do kogoś napisaliśmy.

Patrycja jest ciężko chora. Zostało jej niewiele czasu, dlatego postanawia wyruszyć do Gourdon – niewielkiej miejscowości na południu Francji, gdzie spędzała swoje dziecięce lata wraz z braćmi i rodzicami. To tam poznała Marnixa, jej pierwszą miłość. Miłość, która doprowadziła ją do rozpaczy… Próbuje ściągnąć go do Gourdon. Chce go zobaczyć, znowu porozmawiać, choć od dziewięciu lat nie mają ze sobą kontaktu… Czy warto ponownie zagłębiać się w przeszłość, przeżywać wszystko od początku właśnie wtedy, gdy wiemy, że to nasze ostatnie chwile? Patrycja zabiera nas w podróż, która jest pasmem słodko-gorzkich wspomnień, pomieszanych z rzeczywistością. Autorka sprytnie wplata elementy z przeszłości w wydarzenia, które przeżywa bohaterka po powrocie do Gourdon. Podczas lektury, mamy wrażenie, że jesteśmy w tym mieście w letni, upalny dzień i obserwujemy Patrycję, którą pomimo upływu wielu lat, nadal dręczą koszmary z przeszłości.

Nadal jestem trochę w szoku, po tym, co przeczytałam. Takim emocjonalnym. Historia Patrycji nie jest prosta, łatwa i przyjemna. Nie jest usłana płatkami róż… Nie. Jest czasem gorzka, czasem słodka, czasem przerażająca. Jest jak nasze życie. Pełna niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów, czasem letargu, szaleństwa i obsesyjnego dążenia do czegoś, co wiemy, że się nie uda lub od początku skazane jest na porażkę… Ta historia daje do myślenia. Budzi w nas współczucie do głównej bohaterki, niechęć do samolubnych zachowań jej brata i lekkie skołowanie, co do działań Marnixa… Pokazuje, jak skomplikowana potrafi być przyjaźń i miłość. Ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić i jak obsesja i wyrzuty sumienia mogą ją zniszczyć…

Nie powiem, że jest to łatwa książka ale na pewno warta przeczytania. Choćby dla samego emocjonalnego „przetrzepania”, które potrzebne jest każdemu z nas. Na pewno jeszcze długo będę pamiętać tę historię i choć jest ona przygnębiająca, pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Za możliwość przeczytania powieści, dziękuję autorce.

Z czytelniczym pozdrowieniem,

Meg.

Bez kategorii

Episode #179 : Wakacyjny przewodnik : Hiszpania, jakiej nie znacie.

Hiszpania_Fiesta_dobra_na_wszystko_okładka

Autor: Bernatowicz Maciej,

Tytuł: „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko.”

Liczba stron: 412

Wydawnictwo: Muza.

 

 

 

 

Czy wracając z Katalonii, możemy powiedzieć, że byliśmy w Hiszpanii? Dlaczego najwspanialsze zabytki w tym kraju mają arabski rodowód? Jak Hiszpanie oceniają czasy podboju Ameryk i okres ich kolonizacji? Odpowiedzi na te i inne pytania, znajdziecie w niezwykłym przewodniku Macieja Bernatowicza, który z niezwykłą precyzją, pokazuje nam, kim są prawdziwi Hiszpanie, czy wszystkie „przywary” jakie im nadajemy są prawdziwe i czy faktycznie fiesta jest dobra na wszystko.

Zagłębia się w historię Katalonii i tłumaczy, dlaczego Katalończycy nie uznają się za Hiszpanów. I skąd w ogóle wziął się ich nacjonalistyczny pęd do niepodległości. Co jest specjalnością w Andaluzji i czy Santiago Bernabeu jest faktycznie warty zobaczenia. Dzięki tej książce, możemy poczuć klimat gorącej Hiszpanii. Przenieść się na chwilę do pięknej Barcelony, podziwiać widoki z wieży katedralnej w Sewilli, dowiedzieć się trochę na temat malowniczo położonego klasztoru w Covadondze aż wreszcie, gdzie w Madrycie możemy dobrze zjeść i z czego, poza owocami cytrusowymi, fiesty i radości z życia, słyną jeszcze Hiszpanie.

Na pewno jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy mają zamiar wybrać się do kraju Basków. I są ciekawi jego historii, ustroju politycznego, zwyczajów, tradycji oraz tego, jacy właściwie są Hiszpanie. I czy faktycznie są tacy otwarci i bezpruderyjni, jak mówią o nich inni Europejczycy. Maciej Bernatowicz udowadnia nam, że jest to naród niezwykle złożony, zależny od regionu, w jakim się znajduje. Na południu, faktycznie ludzie są bardziej otwarci, natomiast północ często bywa chłodniejsza i bardziej zdystansowana, choć te subtelne różnice dla laika są niemal niezauważalne. Dużo można się dowiedzieć też o tradycji Corridy i biegów z bykami i dlaczego są one tak istotne dla Hiszpanów.

Piękne zdjęcia i ciekawostki, jakimi zarzuca nas autor, sprawiają, że książkę czyta się wyjątkowo dobrze. Co jest istotne, znajdziecie tu miejsca, które zwykle nie są wspominane nawet w tradycyjnych przewodnikach. Dlatego, jeśli wybieracie się do Hiszpanii lub po prostu chcecie się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego niezwykle pięknego kraju, zachęcam do lektury. Na pewno nie będziecie żałować. Kto wie, może ktoś z Was się zainspiruje i wyruszy w swoją osobistą podróż życia.

Za możliwość zapoznania się z tą książką dziękuję Wydawnictwu Muza.

To, co? Kto rusza ze mną w przyszłym roku do Hiszpanii? 😀

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Bez kategorii

Episode #178: ” O modzie, przyjaźni i przepychu lat 30. w pięknej scenerii Maroka i Hiszpanii” – „Krawcowa z Madrytu” Marii Duenas.

Krawcowa_okładka_front

Autor: Maria Duenas

Tytuł: „Krawcowa z Madrytu”

Wydawnictwo: Muza.

Liczba stron: 571

Sira jest niezwykle utalentowaną krawcową. Tuż przed wybuchem wojny domowej w Hiszpanii, wyjeżdża wraz ze swoim kochankiem do Maroka. Tam jednak nie znajduje tego, czego szuka. Kochanek okazuje się oszustem i zostawia ją bez środków do życia. Samotna i ze złamanym sercem, w obcym kraju, Sira próbuje wziąć się w garść i rozpoczyna nowe życie przy użyciu swoich umiejętności. Szyje dla bogatych klientek z kosmopolitycznej hiszpańskiej kolonii i nawiązuje cenne znajomości. Wkrótce dostrzeże to angielski wywiad…

Kiedy Sira znowu pojawia się w Madrycie, jest już wziętą krawcową. W swoim wytwornym atelier mody damskiej prowadzi działalność, której efekty mogą okazać się kluczowe dla przebiegu II wojny światowej…

Jestem bardzo mile zaskoczona tą książką, głównie dlatego, że początkowo wydawała mi się trochę nudna. Sira ślepo podąża za swoją wielką miłością. Jest trochę naiwna w swoich przekonaniach i myśli, że dzięki swojemu partnerowi, będzie szczęśliwa. Lecz wszystko rujnuje niestałość uczuć jej ukochanego. To sprawia, że dziewczyna musi stawić czoła samotności i życiu w obcym zupełnie kraju. Lecz Sira nie poddaje się. Brnie do przodu, a to sprawia, że staje się silniejsza, mądrzejsza i wychodzi na swoje. Podobało mi się w jaki sposób autorka ukazała tę przemianę z Kopciuszka w bardzo sprytną bizneswoman, która też prowadziła podwójne życie…

Masa historycznych odniesień oraz intryg w jakie zostaje wplątana Sira sprawiają, że powieść Marii Duenas jest jedną z tych, która zapisuje się w pamięci na długo. Elegancki, żywiołowy język jest kolejnym plusem tej powieści. A duży format wydania, ułatwia szybkie czytanie.

Moim zdaniem, „Krawcowa z Madrytu” jest jedną z tych książek, które wciągają i opowiadają nietuzinkową historię. Przyjemna lektura na długie, słoneczne dni na plaży. Na pewno nie będziecie się nudzić, gdy już „wgryziecie” się w książkę. Nie mogę też nie wspomnieć o modzie, która przewija się na łamach książki i o niuansach z nią związanych. Są miłym przerywnikiem i działają na wyobraźnię. Polecam serdecznie tę powieść wszystkim tym, którzy lubią dobrze napisane powieści.

Z czytelniczym adieu,

Meg.

Bez kategorii

Episode #177 : „Angielka” Katherine Webb – niezwykła powieść o przygodzie, gorącej Arabii i sile marzeń.

KW_TEG_cover_PL_front

Tytuł: „Angielka”.

Autor: Katherine Webb.

Wydawnictwo: Insignis.

Liczba stron: 478.

” W kraju pełnym tajemnic, sama ustalasz reguły gry”

Joan Seabrook jest świeżo upieczoną archeolożką i postanawia spełnić marzenie swojego życia. Wyrusza to Omanu, do starożytnego miasta Maskat, gdzie ma zacząć się jej wielka przygoda. Próbując pozbierać się po rodzinnej tragedii, Joan zamierza zbadać pustynny fort Jabrin i odnaleźć ukryte w nim skarby. W tej misji pomóc ma jej idolka z dzieciństwa, Maude Vickery, której dokonania rozpaliły fantazje i ambicje młodej kobiety. Jak się szybko przekonała , Oman to państwo pełne zasad i reguł, które są tak stare jak jego pustynie i podróż do Jabrin może okazać się niemożliwa. Skrzydła Joan zostają jeszcze bardziej podcięte przez opowieść Maude, lecz nie przestaje drążyć tematu.

Spotkanie z idolką z dzieciństwa wywraca życie Joan do góry nogami. Przyjaźń między paniami zacieśnia się, dzięki czemu młoda archeolożka daje się porwać przygodzie, jaką przygotowała dla niej Maude. Lecz nie zdaje sobie sprawy, że jest tylko pionkiem w podstępnej intrydze, jaką jej nowa przyjaciółka uknuła by wziąć odwet na swoich dawnych wrogach… Joan musi opowiedzieć się po którejś ze stron i zatrzymać lawinę zdarzeń, którą sama wywołała… Czy jej się uda? Tego już będziecie musieli się dowiedzieć z książki, która tydzień temu trafiła do księgarń.

Moim skromnym zdaniem, jest to jedna z lepszych książek obyczajowo-przygodowych, jakie miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Było tu wszystko to, czego mogłabym oczekiwać od tego typu powieści. Romans, tajemnica, intryga, przygoda. Taki trochę Indiana Jones w Arabii. Było to moje pierwsze spotkanie z Katherine Webb i myślę, że się „zaprzyjaźnimy”. „Angielka” wpisała się w mój gust bardzo grubymi literami. Zwłaszcza, że opowiada historię, która jest mi w pewnym sensie bliska. Poznajemy dwie bardzo silne kobiety, które dążą za wszelką cenę do realizacji swoich celów. Ciekawy rys historyczny i przepiękne krajobrazy, jakie wyłaniają się z kart tej powieści sprawiają, że chce się spakować i ruszyć ku przygodzie w stronę zachodzącego słońca. Zdecydowanie poleciłabym tę książkę każdemu, kto lubi dobrą prozę z wartką akcją i zaskakującymi zwrotami akcji, które pojawiają się to tu, to tam. Jestem przekonana, że trafi ona w gust nawet wybrednych czytelników gatunku.

Za możliwość zapoznania się z książką, dziękuję Wydawnictwu Insignis.

A jak Wam się podobała „Angielka”? Czytaliście? Zamierzacie przeczytać? Podzielcie się w komentarzach Waszymi wrażeniami.

A tymczasem, pozdrawiam czytelniczo,

Meg.

Bez kategorii

Episode #176:[ PRZEDPREMIEROWO] „Buntownicza księżniczka i tajemniczy książę… Czy ta bajka będzie miała szczęśliwy finał?- czyli słów kilka o „Fałszywym Pocałunku” Mary E. Pearson.

okładka_fałszywy

Autor: Mary E. Pearson

Tytuł: „Fałszywy Pocałunek”

Seria: ” Kroniki Ocalałych” Tom 1

Liczba stron: 541.

Data premiery: 3.08.2017

„Koniec podróży. Obietnica. Nadzieja. Opowiedz mi raz jeszcze, Amo. O świetle.”

Księżniczka Lia nie jest typową królewną z bajki. Jest pyskata i ma swoje zdanie. Jednak jest zmuszona do zamążpójścia. Ba, nawet nie widziała kandydata a już stwierdza, że jest on brzydki, stary i zgnuśniały. Przymierze, jakie jej ojciec zawarł z królestwem Dalbreck opierało się na jej małżeństwie. Była Pierwszą Córką domu Morrighanów i musiała wypełnić swój obowiązek. Lecz dziewczyna pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie dlatego by zawrzeć pakt polityczny z sąsiednim królestwem.. Dlatego wysyła do księcia krótki liścik, którego treść później ocali mu życie…

Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie wraz ze swoją służką, rozpoczyna nowe życie. Lecz gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, wszystko się zmienia. Dziewczyna nie wie, że jeden jest odtrąconym księciem a drugi zabójcą, którego zadaniem jest pozbawić ją życia… Co wyniknie z tej plątaniny intryg? Cóż, tego już będziecie musieli dowiedzieć się sięgając po „Fałszywy Pocałunek”.

Niby historia zdaje się być oklepana. Buntownicza księżniczka, tajemniczy książę, miłość, zdrada, odkrywanie tajemnic. To wszystko już było. Jednak śledzenie losów Lii i jej przyjaciół było dla mnie wyjątkowo miłym przeżyciem. Choć początkowo książka strasznie mi się dłużyła, to gdy losy bohaterów się w końcu spotkały, nie wiedziałam kiedy dotarłam do końca.

Podobały mi się zawarte między tekstami fragmenty pieśni vendańskich a także użyty w tekście język, który ożywił całą historię i nadał jej ciekawy rys. Autorka sprytnie operowała też opisami, dzięki czemu cała historia była żywa i można było sobie wyobrazić miejsca i postaci bardzo dokładnie. Choć nie przepadam za narracją pierwszoosobową, to tutaj wyjątkowo dobrze się ona sprawdziła. Dzięki czemu mogłam swobodnie podążać za tokiem wydarzeń i przeżywać rozterki wraz z bohaterami. Pomimo całego swojego uroku, główna bohaterka czasem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Wiele wątków przewidziałam już po kilkunastu stronach tekstu i poczułam lekki zawód, że mam rację. Aczkolwiek pod sam koniec, historia nabrała takiego tempa i było w niej tak wiele zwrotów akcji, że chyba zamówię sobie kolejne tomy książki po angielsku.

Czy polecam tę książkę? Jak najbardziej. Jest to bardzo fajny początek serii, zostawiający w czytelniku poczucie niedosytu. Pomimo, iż czasem wieje romansidłem, to nie wpływa to jakoś szczególnie na odbiór całości. Jeśli lubicie lekkie fantasy z elementami romantycznymi, to jak najbardziej jest to książka dla Was. Już 3 sierpnia możecie ją zakupić w najbliższej księgarni! 🙂

Za możliwość przedpremierowego zapoznania się z książką, dziękuję wydawnictwu Initium.

Z czytelniczym adieu!

Meg.