Bez kategorii

Episode #156 : Netflixowe „kwiatki” czyli serialowy update vol 1. 2017

Dzień dobry, kia ora i hello!

Dzisiejsze odcinek zamierzam poświęcić serialom. Dawno nic nie pisałam o tej formie filmowej, dlatego usiądźcie sobie wygodnie, przygotujcie popcorn, colę ( i butelkę JD ;P) i zapraszam do lektury.

Wysyp seriali platformy Netflix sprawił, że za bardzo nie wiedziałam, co mam pierwsze oglądać. Dlatego postanowiłam zacząć od serialu, na który czekałam już od prawie roku, czyli na „Iron Fist” Marvela. Jest to historia o Danny’m Randzie, synu bilionerów, założycieli firmy Rand Inc. Gdy ma dziesięć lat, jego rodzice giną w katastrofie lotniczej, której jedynym ocalałym jest on sam. Chłopak zostaje znaleziony przez tajemniczych mnichów i wychowany w mistycznym mieście zwanym Khun-Lun. Tam też przechodzi katorżniczy wręcz trening, który ma na celu wyzwolenie w nim mistycznej energii, dzięki której będzie mógł pokonać odwiecznych wrogów mieszkańców Khun-Lun – tajemniczą organizację zwaną The Hand. I stać się Iron Fistem – obrońcą i strażnikiem wejścia do miasta.

Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że Danny koniecznie chciał się dowiedzieć, dlaczego jego rodzice zginęli i kto za tym stoi. W tym celu, ucieka ze swojego azylu i wraca do rodzinnego Nowego Jorku, gdzie wszyscy zdają się mieć go za jakiegoś szaleńca. Przy próbach udowodnienia, że jest tym, za kogo się podaje, zostaje uznany za wariata i oszusta… A co się dalej dzieje? Tego już musicie dowiedzieć się oglądając serial.

To, co najbardziej lubię w serialach Netflixa to sposób, w jaki je tworzą. Nie są to tasiemce po kilkaset odcinków, tylko zwięzłe formy dwunasto bądź dwudziesto odcinkowe, trwające po około godzinę. Dzięki temu, serial ogląda się z równą przyjemnością co pełnometrażowy film.

Jeśli chodzi o „Iron Fist”, to podobała mi się interpretacja oryginalnego komiksu. Przeniesienie akcji w bardziej realny świat sprawia, że serial może dotrzeć do szerszego grona odbiorców. I dzięki temu, nie tylko „geeki” komiksowe mają frajdę z oglądania ale i ludzie, którzy komiksów nie znają. Choć opinię na temat serialu są bardzo różne i dużo osób strasznie krytykuje twórców, moim zdaniem nie jest to zły serial. Dobrze się go ogląda, ma fajną fabułę, która trzyma w napięciu i jest na pewno lżejszy niż „Daredevil”.

Zostawiam Wam link do trailera, jeśli ktoś chciałby się zapoznać:

Skoro mówimy już o „Iron Fist”, to warto też wspomnieć o tym, że powstaje kolejny serial na bazie komiksów. Tym razem pod lupę idą „Defenders” czyli Iron Fist, Jessica Jones i Luke Cage. Pewnie wielu z Was nie ma pojęcia, kim są ci bohaterowie, lub słyszeliście o nich tylko dlatego, że około rok temu ( albo dwa, już teraz nie pamiętam dokładnie) zostały wypuszczone seriale z ich udziałem.

Jak to mówią, wszystko ma swój czas i miejsce. Ja dopiero w tym roku postanowiłam nadrobić te dwa dzieła, które przez wielu fanów były krytykowane lub wychwalane pod niebiosa.

Zacznę może od Luke’a. Jest to postać dość nietypowa jak na te, które możemy zaobserwować w uniwersum Marvela. Z pozoru zwyczajny facet. Ale ma jedną niezwykłą cechę. Jego skóra jest jak stal. I wiem, co sobie pomyślicie. Colossus też miał taką skórę. Owszem, lecz to był mutant, a tutaj mamy do czynienia bardziej wynikiem eksperymentu niż z jakąś mutacją genetyczną. Wiele osób mówiło, że ta adaptacja nie wyszła Netflixowi za dobrze. Że postać Luke’a jest jednowymiarowa i płaska i że generalnie nie ma co marnować czasu na ten twór, bo tylko się zawiodę. Ale z racji tego, że jestem małym rebelem, to postanowiłam sprawdzić, czy tak faktycznie jest. I tak było, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. Produkcyjnie, serial jest świetny. Ma w sobie klimat i pewnego rodzaju odniesienie do „Daredevila”, dzięki czemu można stwierdzić że historia się rozwinie. Ale niestety i tutaj się zawiodłam. Miałam wrażenie, że producenci próbowali przedstawić postać Luke’a tylko po to, by nie musieli tego robić ponownie w „Defenders”. By widz, oglądając tę produkcję mógł sobie pomyśleć: „ hej, znam już tego typka, dobra, mogę oglądać dalej”. A to trochę strzał w kolano według mnie, bo równie dobrze to, co zostało opowiedziane tutaj w trzynastu odcinkach, mogło zmieścić się spokojnie w jednym dłuższym w innej serii. Takie jest moje odczucie, ale możliwe, że się nie znam, więc zostawiam ocenę Wam.

Na dole macie trailer.

No i na finał została Jessica Jones, o której to rozpisywały się wszystkie geekowe portale jako „super, genialnym serialu”. Cóż, muszę przyznać, że Jess przypadła mi bardzo do gustu. Zarówno jako postać komiksowa, jak i serialowa. Aktorka, która wcieliła się w nią odwaliła kawał dobrej roboty i przez to mogłam przeżyć jej zmanierowany wyraz twarzy, który drażnił mnie jak nie wiem co. Jestem bardzo ciekawa, jak Luke, Jess, Danny i Matt dogadają się w „Defenders” i jak zostaną rozwiązane wszelkie wątki fabularne, które pozostały otwarte pod koniec wszystkich serii. Jeśli macie ochotę „poznać” Jessicę Jones, to na dole macie link. Polecam szczerze. Zarówno muzyka, jak i sam serial są świetne.

 

Kolejnym z tworów Netflixa, które przykuły moją uwagę był serial na podstawie książek dla dzieci zatytułowanej: „Lemony Snicket: Seria Niefortunnych Zdarzeń”. Po obejrzeniu filmu, z Jimem Carrey’em, odechciało mi się w ogóle tykać tego tematu. Strasznie zraziłam się przez ten film do serii, która jest świetna. Po wielu podejściach, wreszcie przeczytałam ją i stwierdziłam, hej, to jest dobre. To może czas zobaczyć adaptację? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Jednak, tak jak to było z „Daredevilem” tak i w tym przypadku, przełamałam się i nie żałuję. Bo serial jest absolutnie genialny! A Neil Patrick Harris ( którego możecie znać z serialu „How I met your Mother”) jest fenomenalny w roli okrutnego Olafa. Serdecznie Wam polecam ten serial, jeśli macie ciutkę dystansu do siebie i wszystkiego, co w nim jest zawarte. I nie wspomnę o wspaniałych efektach wizualnych, charakteryzacji i grze aktorskiej, która sprawia, że na moment przenosimy się w ten dziwaczny świat. Trailer na zachętę:

 

No i na koniec, pozostał serial o którym nie chciałam mówić, ale jednak muszę, bo jest „na fali”. Właśnie to był główny powód, dla którego chciałam się powstrzymać od komentarza. Hype wokół tego serialu i książki jest tak wielki, jakby co najmniej wypuszczono nowe „Gwiezdne Wojny” albo całych „Defenders” przed czasem. Wiele osób mnie namawiało, bym przeczytała książkę i obejrzała serial… No i tak zrobiłam, jednak nie rozumiem o co tyle hałasu? Dlaczego wszyscy tak się podniecają historią nastolatki, która przez nękanie w szkole popełnia samobójstwo, zostawiając za sobą kasety, na których przedstawia powody swojego postępowania… Naprawdę to jest aż tak wow, wow historia? Nie. To się dzieje codziennie. Jednak nikt tego nie zauważa i tego nie komentuje. Bo ignorancja jest najlepsza na wszystko, prawda? Jedyne co dobrego może wyniknąć z tego serialu to uświadomienie ludzi, że nękanie jest złe. I trzeba reagować, bo inaczej można skończyć tak, jak główna bohaterka. Ocenę serialu, pozostawiam Wam. Ja jakoś nie jestem do niego przekonana w żaden sposób. Główny bohater jest irytujący, historia ma potencjał na coś fajnego, lecz nie została ona odpowiednio przedstawiona według mnie… Czegoś tam zabrakło. I przede wszystkim, wiele wątków po prostu dłużyło się w nieskończoność i można je było rozwiązać odrobinę wcześniej.

 

No i to by było na tyle. Mam nadzieję, że Wam się podobało. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o serialach, o których dziś Wam opowiedziałam. I do następnego.

Adios,

Meg.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s