Bez kategorii · Muzyka · Recenzja

Episode #45 : ” I want it all and I want it now!” czyli o „Queen” jakich nie znacie.

queen-krolewska-historia,big,541883

 

 

Tytuł: „Queen: Królewska Historia”

Autor: Mark Blake

Wydawnictwo: Sine Qua Non

” I don’t want to die, I sometimes wish I’d never been born at all… (…) Carry on, carry on, as if nothing really matters…” Słowa legendarnej już „Bohemian Rhapsody” pasują idealnie do historii zespołu, o której zamierzam Wam w dzisiejszym odcinku troszkę szerzej opowiedzieć.

Zanim zacznę, usiądźcie wygodnie w fotelu, odpalcie sobie składankę przebojów „Queen” i wyruszcie ze mną w podróż pełną niezwykłych wspomnień. – Tak właśnie powinno się czytać książkę: „Queen: Królewska Historia” autorstwa znanego brytyjskiego dziennikarza kulturalno-muzycznego Marka Blake’a, który z dokładnością IPN-u dostarcza nam niesamowitej lektury.

Każdy, kto choć odrobinę interesuje się muzyką popularną i rockową, choć raz w życiu słyszał któryś z utworów Queen. Ba! Powiem więcej, nawet ci, co kompletnie nie znają się na muzyce na pewno nie raz nucili sobie pod nosem „We are the Champions”, „We will rock you” czy ” Another one bites the dust”.

Jest to jeden z tych zespołów, który jest obecny w naszym życiu, nawet jeśli nie do końca jesteśmy tego świadomi. Dla mnie, osobiście, jako fanki muzyki rockowej i przede wszystkim muzyki pochodzącej z Wysp, Queen są kanonem, którego nikt w żaden sposób nie powinien przerabiać, ulepszać czy zmieniać. Jest to zespół, który w pewnym sensie mnie ukształtował i bardzo chciałam poznać ich niesamowitą, jak się okazało, historię.

Czytałam wiele artykułów na temat Queen, jednak wydawało mi się, że to wciąż za mało. Aż pewnego dnia, moja dobra znajoma poleciła mi „Queen: Królewską Historię”, która, mówiąc kolokwialnie, sprawiła, że wyleciałam z kapci!

Część pierwsza, poświęcona życiu chłopaków przed formacją zespołu, opowiada o ich pasjach, wzlotach i upadkach z perspektywy ich znajomych i przyjaciół. Autor prowadzi nas śladami inspiracji, jakie mieli Freddie Mercury, Brian May, Roger Taylor i John Deacon oraz pokazuje w jaki sposób ta czwórka doszła do stworzenia jednego z największych rockowych zespołów wszech czasów.

W kolejnej części dowiadujemy się kim był tajemniczy, wczesny basista Doug X, o którym w wielu wcześniejszych biografiach zespołu nie było prawie żadnych informacji.

Dzięki skrupulatności Marka Blake’a, możemy teraz cieszyć się smakowitymi opowieściami z wczesnych lat Queen, które zapewne zostałyby pominięte lub zapomniane. Możemy na przykład przeczytać o tym, jak reklamują się w lokalnej gazecie lub kupują nagłośnienie od znanego amerykańskiego zespołu Iron Butterfly.

Nie brak jest w tej książce również historii o tym, jak już w pełni uformowany Queen radzi sobie ze swoją wciąż narastającą popularnością. Jak Freddy Mercury swoją charyzmą, nonszalancją sceniczną i spektakularnym głosem czarował kilkutysięczne tłumy, które ściągały na ich koncerty.

Jednym z najbardziej znanych występów Queen był ten zarejestrowany w 1985 podczas tak zwanego Live Aid, gdzie zbierano dotacje na pomoc ubogim w Afryce. Na stadionie Wembley zebrało się wówczas ponad 80 tysięcy ludzi a dzięki transmisji satelitarnej kolejne czterysta milionów mogło obejrzeć ten spektakl. ( Można go dziś obejrzeć w portalu YouTube, serdecznie polecam!).

Queen bez Freddiego to nie Queen, ktoś kiedyś powiedział. Bo sam Mercury był osobowością, która nadawała ton całemu zespołowi. Choć on sam twierdził, że każdy w zespole jest ważny i tworzy jednolitą  całość. Prywatnie, bardzo skryty i nieśmiały, lecz gdy tylko wychodził na scenę, zmieniał się nie do poznania. I za to tak wiele osób go kochało.

Sami muzycy twierdzili, ze Freddie był jedną z najbardziej troskliwych osób, jakie spotkali w życiu .

Książka Marka Blake’a, opisuje też bardzo ciężki okres w historii zespołu, a mianowicie walkę wokalisty z AIDS. I to, z jak wielkim trudem przychodziły mu występy. Jednym z ostatnich teledysków, w jakich Freddie wziął udział był „These are the days of our lives”, gdzie można zauważyć jak bardzo choroba go zmieniła.

Wspaniała, pełna wzruszających momentów, zabawnych anegdot, przepełniona zapachem potu, krwi i łez wyprawa w głąb historii jednego z najbardziej wpływowych zespołów dwudziestego wieku. Każdy fan powinien sięgnąć po tę pozycję. I obowiązkowo przy jej czytaniu, polecam przesłuchanie całej dyskografii zespołu. Efekt jest piorunujący.

 

Bez kategorii · Książka

Episode 44 : ” Jak zaczną wybuchać pożary, to wtedy będziemy je gasić” czyli słów kilka o „Ekspozycji” Remigiusza Mroza.

 

0791fa926e

Tytuł: „Ekspozycja”.

Autor: Remigiusz Mróz.

Wydawnictwo: Filia.

Liczba stron:

Liczba stron: 474.

Wspominałam w jednej z moich poprzednich notek, że książki sygnowane nazwiskiem Mróz, biorę w ciemno. I wzięłam. Chociaż nie tak do końca w ciemno. Ale może zacznę od początku, czyli od tego, co w tym odcinku przygotował dla nas szanowny pan Mróz.

„Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok -na krzyżu powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów. Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic…” tak głosi opis na okładce „Ekspozycji”, która to jest tematem dzisiejszej notki.

Trochę czasu upłynęło, nim porządnie wzięłam się za tę lekturę, lecz gdy już to zrobiłam, nie mogłam przestać. Zawrotne tępo, jakie narzuca nam autor, może doprowadzić do zadyszki nawet najbardziej zahartowanego czytelnika. Świat, do którego jesteśmy zaproszeni jest brutalny, tajemniczy, czasem wręcz obrzydliwy, jednak jest nadzwyczaj znajomy.

Czytając „Ekspozycję”, widziałam oczami wyobraźni bardzo dobry film akcji. Z wygadanym, nieco zbyt pewnym siebie komisarzem i ciętą, seksowną dziennikarką, która robiła wszystko, by dotrzeć do tego, co tak naprawdę wydarzyło się na Giewoncie i dlaczego przełożonym Forsta tak zależało na tym, by odsunąć go od tego śledztwa. A przy okazji mogła liczyć na doskonały materiał dziennikarski, wygrywający nagrodę Grand Press.

Tego, oczywiście, musicie się dowiedzieć sięgając po „Ekspozycję”.

Będę się powtarzać, ale nadal twierdzę, że Mróz jest jednym z tych pisarzy, który przypadł mi do gustu do tego stopnia, że nie mogę doczekać się jego kolejnych książek. Klimatem jak z najlepszych powieści Clancy’ego, Ludluma czy nawet Nesbo, złapał moją uwagę tak mocno, że chyba długo nie puści.

W „Ekspozycji” znajdziecie wszystko to, co powinien mieć dobry kryminał. Wyrazistych bohaterów, których nie sposób nie polubić, zaskakujące zwroty akcji, tępo, które przyprawia o zawrót głowy oraz tajemnice i poszlaki, które mamią czytelnika równie mocno jak bohaterów. No i nie mogę nie wspomnieć o zakończeniu w stylu Muso, które po prostu rozwala system.

Czekam niecierpliwie na styczeń! I na kolejną dawkę Forsta.

A ode mnie możecie się jeszcze spodziewać paru słów o”Zaginięciu” czyli coś o moim ulubionym duecie o nazwie: Chyłka&Zordon.  😉

To do następnej notki,

Pozdrawiam „Mroźnie” 😉

Meg.

 

Książka · Książki

Episode 43 : ‚Nie jest umarłym ten który spoczywa wiekami Nawet śmierć może umrzeć już z dziwnymi eonami.” czyli strachy, dziwy i mary H.P Lovecrafta.

hplovecraftjpg

Tytuł: „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści”

Autor: H.P Lovecraft (tłum Maciej Płaza).

Wydawnictwo : InRock/Vesper.

Niewiele osób wie, że jednym z moich ulubionych autorów gatunku grozy jest Howard Phillip Lovecraft, znany szerzej jako H.P Lovecraft. Urodziny w 1890 roku w Providence, USA zyskał sławę jeszcze za życia, lecz w jego ostatnich latach niestety popadł w niełaskę i umarł z powodu niedożywienia i raka jelita. Największą popularnością cieszą się jego opowiadania, tworzące tak zwaną „Mitologię Cthulhu”, która zawiera niesamowite historie o „strasznych bóstwach”, które niegdyś rządziły światem i czekają na odpowiedni moment, by powrócić.

Gdy na Targach Książki w Krakowie zobaczyłam „Zgrozę w Dunwich i inne przerażające historie”, musiałam mieć tę książkę. Choć nie ukrywam, byłam bardzo sceptycznie do niej nastawiona, z racji tego, że większość tłumaczeń, jakie czytałam, były po prostu słabe. Dlatego, pełna obaw, zdecydowałam się kupić tę książkę w ciemno i nie żałuję. Według mnie, jest to jeden z najlepiej przetłumaczonych zbiorów opowiadań Lovecrafta, jakie czytałam. A czytałam wiele. Opowieści, które złożyły się na ten zbiór zostały dobrane w taki sposób, że czytelnik czuje, jak ciarki przechodzą mu po plecach z każdym kolejnym zdaniem, które czyta. Jak dla mnie, właśnie tak powinny brzmieć te historie. Mroczne, przerażające, dziwne i niekonwencjonalne. Dopełnione niezwykłymi ilustracjami, oddają całkowicie klimat, jaki towarzyszy twórczości Lovecrafta.

Zapewne niewielu z was wie, ale Lovecraft inspirował i nadal inspiruje wielu twórców literatury grozy, science-fiction a także muzyków i filmowców. Jego proza nie jest dla wszystkich, to muszę zaznaczyć. Jeśli nie gustujecie w horrorach, science-fiction czy różnego rodzaju strasznych historiach, nie sięgajcie po Lovecrafta, gdyż jestem przekonana, że nie przypadnie Wam do gustu pod żadnym względem.

A skoro już mam okazję do napisania kilku słów na temat wpływu literatury Lovecrafta na naszą obecną kulturę, to najwięcej odniesień można znaleźć w ciężkich brzmieniach trashmetalowego zespołu Metallica czy w muzyce Iron Maiden.

Jeśli chodzi konkretnie o ten zbiór, to ja jestem pod ogromnym wrażeniem warsztatu pana Macieja Płazy, który, jak już wspomniałam na początku, oddał klimat tych opowieści. I jeśli i Wy lubicie się bać, czytając, to zapraszam Was do zapoznania się z twórczością Lovecrafta.

Podsumowując, polecam serdecznie. Lecz tak, jak wspominałam, Lovecraft ma bardzo specyficzny warsztat. Nie jest to tak zwana „lekka” literatura i zdecydowanie nie jest to proza dla wszystkich. Trzeba się do niego przekonać, a jeśli jesteście fanami horrorów, to pewne będzie wam troszeczkę łatwiej. Mnie osobiście urzekł sposób, w jaki Lovecraft tworzy swój świat i swoje potwory. I zawsze będzie dla mnie niedoścignionym mistrzem swojego gatunku.

Pozdrawiam niedzielnie,

Meg.

Książka · Książki

Episode 42: „Zaklinacz: Początek” Taran Matharu

summoner-zaklinacz-ksiega-1-poczatek-b-iext30167621

Tytuł: „Summoner: Zaklinacz: Początek”

Autor: Taran Matharu

Wydawnictwo: Jaguar.

Liczba stron: 424

Gdy sięgam po jakąkolwiek książkę i widzę na jej okładce hasła typu: „Bestseller”, „Fenomen ostatniej dekady”, ” Miliony czytelników na całym świecie”, wówczas zaczynam mieć pewnego rodzaju wątpliwości. Do końca nie wiem, jak to działa, lecz za każdym razem, gdy włącza mi się taki alert w głowie, zwykle okazuje się, że książka jest średnia lub nawet okropna. W przypadku „Summonera”, muszę powiedzieć, że pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy to okładka. Po prostu mi się spodobała, więc sięgnęłam po tę książkę i przeczytałam krótki opis o czym jest. Krasnoludy, Elfy, zwyczajny chłopiec z niezwykłą mocą, czyli coś typowo dla mnie. Jestem wielką fanką literatury fantasy i ogólnie fantastyki w bardzo szerokim pojęciu, dlatego też czytając książki z tego gatunku, jestem bardzo krytyczna. Sama trochę pisuję i obracam się w tej literaturze już od ponad piętnastu lat, stąd też moja uzasadniona awersja, zwłaszcza do autorów, których wcześniej nie czytałam.

„Summoner” jest historią, która zaczyna się niemal jak każda inna z tego gatunku. Młody, biedny chłopiec. Sierota. Mieszkający w niewielkiej mieścinie nagle odkrywa w sobie niezwykły dar. Potrafi przywoływać demony. I udało mu się przywołać nie byle jakiego stworka. A salamandrę, która jest jednym z najrzadszych okazów swojego gatunku. Będąc prześladowany przez bardziej zamożnego rówieśnika, posuwa się do ciężkiego zranienia swojego oprawcy, a to zmusza go do opuszczenia rodzinnych stron i udanie się do większego miasta, gdzie na swojej drodze napotyka swojego przyszłego mistrza. Chłopak zostaje przyjęty do Akademii Vocanów, która szkoli przyszłych żołnierzy i magów bojowych, walczących dla króla krainy Hominum.

Tam, Flecher poznaje przyjaciół, którzy pomagają mu w jego szkoleniu a on sam zaczyna rozumieć swoje moce i kim tak naprawdę jest.

Historia wydaje się być bardzo oklepana i czytając ją, miałam wrażenie, że coś podobnego już gdzieś przewinęło się przez moje oczy. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło to „Eragon” Christophera Paoliniego. Matharu zastosował w swoim opowiadaniu podobne „triki”, jakie stosował Paolini w swojej książce. Jak na przykład wyczuwanie emocji przez demony w początkowym stadium „przyswojenia”. Gdy Eragon po raz pierwszy zetknął się z Saphirą, też jedyne, co odczuwał to jej emocje.

Książka wydaje się być połączeniem „Eragona” i „Harry’ego Pottera”, co jest dość ciekawe. Zmienione w niej zostały jedynie miejsca, imiona bohaterów oraz nazwy poszczególnych istot, jakie w tym świecie możemy spotkać. A cała reszta mocno przypomina światy, które już wcześniej poznałam.

Na okładce, możemy przeczytać, że jest to oryginalna historia. Ja, niestety, tej oryginalności nie dostrzegłam. Owszem, dobrze mi się ją czytało i przywiązałam się do Flechera i Ignatiusa, który jest po prostu uroczy. Jednak nie widzę tutaj tego fenomenu, którym wszyscy się tak zachwycają. Jest to książka ciekawa, z wartką akcją, humorem i przygodą, jednak mam wrażenie, że jest ciut przereklamowana. Nie przeczę, że chętnie przeczytam kolejne tomy, bo jestem ciekawa, jak potoczą się dalej losy Flechera.

Podsumowując, książkę mogę polecić każdemu, nawet tym, którzy nie są fanami fantastyki. Osoby, które tak jak ja, interesują się tematem, mogą odnieść wrażenie, że jest to po prostu trochę zmieniona wersja innej książki, którą czytali. Niemniej jednak, polecam. Przekonajcie się na własnej skórze, czy ta powieść, która początkowo była opowiadaniem internetowym, jest faktycznie fenomenem czy też nie.

Pozdrawiam czytelniczo,

Meg.

Film

Episode 41: ” Ostatni Łowca Czarownic” czyli coś o nowym filmie z Vinem Dieslem.

Witajcie w listopadzie! O, Spardeńku, to już listopad? Niedługo zaczną się kolędy, choinki i Last Christmas w radiu… Ale nim to nastąpi, zapraszam Was na kolejną filmową recenzję. Tym razem będzie to „Ostatni Łowca Czarownic” z jednym z moich all-time-starcrushów, Vinem Dieslem, w którego głosie jestem zakochana od lat ;).

„Ostatni Łowca Czarownic” opowiada historię zakonu „Topora i Krzyża”, którego członkowie mieli dość specyficzne zajęcie. Zabijali czarownice. Byli to ludzie nieznający strachu i wyznający prostą zasadę: czary są dziełem zła. I trzeba je zniszczyć. Pewnego dnia, grupka z nich wybiera się na polowanie, które zmienia całkowicie los jednego z nich o imieniu Kaulder ( w którego to wcielił się Vin Diesel). Zostaje on przeklęty przez Królową Czarownic i przez to zyskuje nieśmiertelność. I tak od ponad 800 lat, przemierza świat, polując na czarownice. Wszyscy go znają i szanują. Przychodzi dzień, w którym jego „opiekun” oraz przyjaciel przechodzi na emeryturę a jego miejsce zajmuje dużo młodszy następca ( w tą rolę wcielił się Elijah Wood). Kaulder jest raczej nie ufny wobec nowego „opiekuna” ale toleruje jego obecność i wdraża go w tajniki pracy, jaka została mu powierzona.  Gdy w tajemniczych okolicznościach jego dawny kompan zostaje przeklęty, Kaulder zaczyna śledztwo, które doprowadza go do tajemnicy, jaką skrywa jego własny umysł… Co dzieje się dalej? Tego musicie już dowiedzieć się, oglądając ten film.

Na początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej produkcji. Wydawała mi się „za dobra”, bo sam trailer w mojej ocenie był dobry. Nie ukazywał za wiele i też zachęcał widza do pójścia do kina. Zwykle bywa tak, że film mający bardzo udany trailer, w rzeczywistości jest totalnym bublem i niewypałem. W tym przypadku jednak tak nie było. Co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Film był zabawny, pełen wartkiej akcji i widowiskowych efektów wizualnych. Kino rozrywkowe w pełnej krasie, że tak się wyrażę. Historia poprowadzona od początku do końca bardzo spójnie i płynnie, co ostatnimi czasy zdarza się bardzo rzadko w filmach. Michael Caine, Vin Diesel i Elijah Wood zdali egzamin na piątkę, jeśli chodzi o oprawę aktorską. Tak samo jak Rose Leslie, która wcieliła się w postać Chloe. Jednak żeby nie było, że cała ta produkcja jest taka idealna i wspaniała, muszę się doczepić do początkowej sceny, gdy widzimy Kauldera po raz pierwszy we współczesnym świecie na pokładzie samolotu. Ta scena była według mnie zupełnie niepotrzebna i trochę pretensjonalna, jednak nie wpłynęła ona na całokształt filmu, więc można to producentom wybaczyć.

Podsumowując, ten film jest jedną z lepszych produkcji fantasy, jakie ostatnio oglądałam. I z czystym sumieniem mogę Wam go polecić jako doskonałą rozrywkę na weekend. Bo tym właśnie jest ten film. Odskocznią od rzeczywistości na prawie dwie godziny. Polecam serdecznie i w mojej ocenie film otrzymuje mocne 9.5/10.