Bez kategorii

Episode 33 : O miłości tej młodzieńczej i nie tylko, czyli oczami Meg na Rainbow Rowell.

15745753 fangirl

Tytuł: Eleonora i Park/ Fangirl

Autor: Rainbow Rowell

Wydawnictwo: Otwarte

Trochę mi zajęło, zanim wreszcie zabrałam się za te dwie pozycje, ale przeczytałam obie i powiem szczerze, że jestem mile zaskoczona. Zwłaszcza jeśli chodzi o „Eleonorę i Parka”. Ale może zacznę od początku. Rainbow Rowell nie jest autorką, po którą zwykle bym sięgnęła, ale że lubię wyzwania i wiele osób mnie namawiało na przeczytanie tych dwóch pozycji, to postanowiłam to zrobić. Pierwsza z nich, czyli „Eleonora i Park” to historia dwójki nastolatków, którzy znali się od zawsze i którzy się w sobie zakochali, choć… Ich miłość była skazana na porażkę. Dlaczego? Tego musicie dowiedzieć się, sięgając właśnie po tą pozycję. Ta dwójka ma w sobie coś niezwykłego a jednocześnie można się bardzo z nimi utożsamić, bo można znaleźć w nich nas samych, gdy mieliśmy po te szesnaście lat. Tak opisuje nam tą historię wydawca: Eleonora… nie sposób jej nie zauważyć: rude włosy, dziwne ciuchy. Czyta mu przez ramię. Uważa Romea i Julię za bogate dzieciaki, które dostawały wszystko, co chciały. Najbardziej nie lubi weekendów, bo spędza je bez niego.

Park… Dobrze mu w czerni. Denerwuje się, gdy musi prowadzić samochód w obecności taty. Uwielbia imię Eleonory i nie skróciłby go ani o sylabę. Wie, która piosenka jej się spodoba, zanim ona zacznie jej słuchać. Śmieje się z jej dowcipów, zanim ona dotrze do puenty.

Oto tocząca się w ciągu jednego roku szkolnego opowieść o dwojgu szesnastolatkach urodzonych pod nieszczęśliwą gwiazdą – dość mądrych, by zdawać sobie sprawę, że pierwszej miłości prawie nigdy nie udaje się przetrwać, ale na tyle odważnych i zdesperowanych, by dać jej szansę.

Książka ta jest pełna uroku i młodzieńczej świeżości. Wzruszająca, zabawna i bardzo … Ludzka. Choć to może być dziwne stwierdzenie, jeśli chodzi o książkę. Muszę przyznać, że czytając tą książkę, uśmiechałam się niemal cały czas. I nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Nie chciałabym Wam zbyt dużo zdradzać z fabuły, gdyż chciałabym byście sami się przekonali, czy warto jest sięgnąć po tą książkę czy też nie. Motywy nieszczęśliwych miłości w książkach zdają się być bardzo popularne ostatnimi czasy, a ta książka jest zabawna i smutna pod wieloma względami. Polecam serdecznie.

„Fangirl” z kolei mnie trochę znudziła. Nie wiedzieć czemu. Niby książka opowiada o dwóch siostrach bliźniaczkach, o ich przygodach w college’u i o tym, jak to jedna z nich uwielbia pisać fanfiki i jest wielką fanką Simona Snow. Ma też bardzo ciężką w obyciu współlokatorkę z rozgadanym chłopakiem, który działa Cath na nerwy, dopóki nie okazało się, że się w nim zakochała… Ups! Spoiler alert! Ale nic więcej Wam nie powiem. Reszty będziecie musieli się dowiedzieć z książki ( Tak, wiem, powtarzam się). Pomimo, że ta historia powinna być szczególnie bliska memu sercu, ze względu na tematykę (sama jestem trochę taką „fangirl” ale też nie do końca :P), to czegoś mi w niej zabrakło… Jak „Eleonora i Park” bardzo mi przypadło do gustu, to „Fangirl” jest jak dla mnie chyba zbyt… Młodzieżowe. Nie wiem, jakoś mnie nie przekonał ani język tej książki, ani sposób prowadzenia akcji. No nic szczególnego. Taka tam książeczka dla nastolatków. Ale to tylko moja skromna opinia.

Jak widzicie, nie umiem pisać o takich książkach bez spoilerów, dlatego zachęcam Was to sięgnięcia po obie te pozycje i przekonanie się na własnej skórze, czy pasuje Wam taka tematyka czy też nie.

Życząc Wam udanego piątku, do następnej notki.

Pozdrawiam,

Meg.

Film

Episode 32 : „It’s time for phase 2” czyli słow kilka o „The Maze Runner: Scorch Trials”

Hello!

Dobry wieczór.

Ach, jak ja Was dzisiaj rozpieszczam, ale cóż. Nic nie poradzę, że dużo się działo przez ten weekend i muszę to od razu na świeżo zapisać, bo inaczej pozapominam połowy rzeczy.

Zatem, przejdźmy do senda sprawy, czyli do filmu „Więzień Labiryntu: Próby Ognia”. Jest to druga część adaptacji bestsellerowej trylogii James’a Dashnera. Labirynt był tylko początkiem, a świat okazał się być o wiele bardziej przerażającym miejscem niż Streferzy mogli sobie wyobrazić. W tej części, Minho, Thomas, Patelniak, Newt i Teresa muszą stawić czoło przedstawicielom DRESZCZa, organizacji, która umieściła ich w Labiryncie by sprawdzić ich odporność i wolę przetrwania. Okazuje się, że na świecie panuje bardzo groźny wirus- Pożoga, która zamienia ludzi w okropne monstra. Streferzy trafili do miejsca, które według tajemniczego Jansena, jest ich nowym azylem. Jednak Thomas nie ufa mu. Coś było nie tak. I miał rację. Dzięki pomocy Arisa, jednego z pierwszych ocalałych Streferów, Thomas odkrywa przerażającą prawdę o miejscu, w którym się znaleźli i postanawia stamtąd uciec wraz ze swoimi przyjaciółmi, a to co zastali poza „azylem”, przerosło ich najśmielsze wyobrażenia…

Po obejrzeniu tego filmu, czuję niedosyt. Czegoś mi w nim zabrakło. Tego niesamowitego dreszczyku, jaki miała pierwsza część, którą ogląda się z zapartym tchem. No, ale może zacznę od rzeczy, które według mnie sprawiają, że ten film zarobi krocie. Po pierwsze: mistrzowskie efekty wizualne. Bardzo plastyczny, brutalny świat, tak prawdziwy, że ma się wrażenie, że jest się jego częścią. Wes Ball jest mistrzem w bardzo realistycznym przedstawianiu świata, dlatego pod tym względem, wielkie gratulacje, bo film jest bardzo efektowny. Po drugie: tempo filmu. Tutaj nie ma czasu na nudę. Co chwilę coś się dzieje. Jakieś wybuchy, uciekanie, ciągła walka o przetrwanie- super. Choć miałam wrażenie, że na początku film za bardzo gna z fabułą. Ledwo przyszli do „azylu” to już Thomas miał złe przeczucie, poznał Arisa, który pokazał mu dziwny pokój eksperymentów i już stamtąd uciekali… Po trzecie, mało zawału serca nie dostałam, gdy nagle nie wiadomo skąd coś wybuchało, wyskakiwało czy cokolwiek… Jeśli chodzi o dreszczyk emocji, no to był on zapewniony. Po czwarte: gra aktorska. Hmm… No czy ja wiem, czy była ona jakaś genialna… Może nie. Była przyzwoita, choć mimika niektórych aktorów mnie momentami rozbawiała. Ale ogólnie nie było tragedii.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywne aspekty tej produkcji. Jak już wspomniałam, zabrakło mi „tego czegoś” w tej części. Była napakowana akcją, dramatyzmem, nawet horrorem ale… Czegoś jednak zabrakło. Niektóre sceny były jakoś tak… Dziwnie przycięte, jakby produkcji omsknął się palec przy ich edycji. Albo robili to po paru głębszych. A dialogów prawie w ogóle nie było. Krzyki: „szybko”, „już”, „Teraz”, „pospiesz się” nie zaliczają się do miana dialogów. Ale jeśli już się jakieś pojawiły to były konkretne. I muszę tutaj zaznaczyć, że jeśli chodzi o wierność książce to, jak to bywa w adaptacji, tutaj się ona totalnie rozjechała. Jeśli ktoś nie czytał „Prób Ognia” to nie będzie mu to w ogóle przeszkadzać. Lecz osoby, które czytały będą bardzo niezadowolone. Ja mam mieszane uczucia, choć film sam w sobie był dobry. Dobre, dystopijne kino akcji. Ukłony dla Wesa, bo się spisał. Aczkolwiek jeśli chodzi o adaptację, to była ona słaba. I powiem szczerze, że bardziej to było ” na podstawie powieści”. Pod tym względem, OK.

Prawdopodobnie ktoś może mi zarzucić, że się czepiam, ale wiem co nieco na temat filmu i ogólnie jestem czepialska, zwłaszcza jeśli chodzi o filmy na podstawie książek. W tym przypadku śmiało mogę dać mocne 8/10, bo film ogląda się przyjemnie, można się porządnie wystraszyć w kilku scenach i jest to film, który mogę śmiało polecić nawet tym, co nie znają serii „Więzień Labiryntu”, bo na pewno się połapią, o co chodzi, jeśli obejrzą część pierwszą.

A tu podrzucam Wam ( po raz kolejny) trailer, który być może Was zachęci do pójścia do kina.

Pozdrawiam,

Meg.

Konwenty

Episode 31 : „May the Force be with you” czyli coś o Strarfoce 2015.

Witajcie! Jak zapowiadałam, tak też robię. Oto przed Wami relacja z bardzo fajnego wydarzenia, które miało miejsce w pięknym Toruniu – Starforce – Zlot miłośników Gwiezdnych Wojen. Powyżej możecie obejrzeć sobie zdjęcia z tej imprezy, która w tym roku miała już swoją siódmą edycję! Jak możecie zauważyć na Zlocie było mnóstwo atrakcji. Były wystawy modeli oraz kostiumów z filmów, konkursy z nagrodami, ciekawe prelekcje oraz spotkania między innymi z Jeromem Blake’m, który był gościem specjalnym tegorocznego Zlotu. Jest to aktor, który wcielił się w wiele postaci w filmach George’a Lucasa. Były też pokazy walk na miecze świetlne, sala imperialna, gdzie można było sobie strzelić fotkę, zasiadając na „tronie” Imperatora. Było też wiele gier i zabaw na terenie całego kompleksu Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie odbywał się Zlot.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że ta impreza okaże się być tak fajna. Jadąc do Torunia, byłam raczej sceptycznie do tego wszystkiego nastawiona, jednak gdy tylko zaczęła się parada, która otwierała cały Zlot, moje wątpliwości zostały rozwiane. Był to dzień, który uważam za bardzo udany i gratuluję organizatorom za kawał naprawdę dobrej roboty przy organizacji. Wiadomo, że pewnie były jakieś niedociągnięcia, coś nie wyszło itp. Jak przy każdej większej imprezie, tak i przy tej na pewno zdarzyły się jakieś wpadki. Ale nie wpłynęły one na ogólny klimat tego przedsięwzięcia, co mnie osobiście bardzo cieszy i już nie mogę się doczekać kolejnej edycji, na którą z pewnością zawitam, bo dlaczego by nie. Jeśli są wśród Was fani Gwiezdnych Wojen, zapraszam w przyszłym roku do Torunia. Na pewno nie pożałujecie.

Z niedzielnymi pozdrowieniami,

Meg.

Bez kategorii

Episode 30 : „I’m looking for someone to share in an adventure” czyli o „Hobbicie” mistrza Tolkiena.

17094027

Tytuł „Hobbit, czyli tam i  z powrotem”

Autor: J.R.R Tolkien

Wydawnictwo : Amber/Collins

Witajcie w piękną niedzielę.

Dzisiaj postanowiłam napisać słów kilka o jednej z tych książek, które na początku sprawiały, że miałam ochotę wyrzucić je przez okno, lecz teraz wracanie do niej to czysta przyjemność. Jest to oczywiście „Hobbit”, J.R.R Tolkiena, którego czytałam już tyle razy, że chyba przez kilka najbliższych lat nie ruszę tej pozycji. Chociaż, kto wie. Może któregoś dnia, gdy będę miała naprawdę podły humor, sięgnę właśnie po tą niezwykłą książkę. Dlaczego uważam, że jest niezwykła? Cóż… Mam do niej ogromny sentyment. Historia, która jest w niej opowiedziana, mówi o hobbicie, nijakim Bilbo Bagginsie, który pewnego dnia zostaje zaproszony na wyprawę, której nie zapomni do końca życia. Towarzyszy mu w niej grupa krasnoludów oraz czarodziej imieniem Gandalf, którego pojawienie się w spokojnym Shire zawsze zwiastowało problemy. Jak wiecie ( lub też nie), hobbici są dość specyficznymi istotami. Uwielbiają ciszę, spokój, dobre jedzenie i spędzanie czasu na łonie natury z dala od wszelkiego rodzaju przygód czy problemów. Rodzina Bagginsów już w szczególności była pod tym względem wyjątkowa. Dlaczego? Gdyż nie mieli oni żadnych przygód ani nie robili nic niespodziewanego. Przez co byli poważani wśród społeczności,w której mieszkali. Jednak po szalonej wyprawie pana Bagginsa, ich opinia już na zawsze została zszargana. Gdyż Bilbo opowiadał niestworzone historie o spotkaniach z elfami, trollami a nawet walce ze smokiem! Dobry Boże, cóż za niedorzeczności! Były to historie, których tylko dzieli lubiły słuchać, bo dorośli traktowali je raczej z przymrużeniem oka.

Książka ta jest napisana w sposób bardzo lekki i przystępny. Każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie, choć nie ma tutaj żadnych wątków miłosnych. Jest to niezwykła, pełna ciepła i magii historia o tym, jak to niby nic nieznacząca istota może zmierzyć się z wielkim światem i pokazać, że jest o wiele więcej warta niż ktokolwiek by przypuszczał. Mistrz Tolkien był zawsze dla mnie ogromnym wzorem, dlatego jego książki zajmują w moim sercu specjalne miejsce. „Hobbit” natomiast jest uważany za lekką i przyjemną lekturę dla dzieci. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to idealna książka do czytania dzieciom. Jest w niej wiele magii, zabawnych sytuacji oraz prawdziwych przyjaźni, które przetrwają wszystko.

Tolkien pisał tą książkę jako bajkę dla swoich synów i gdyby nie fakt, że trafiła ona do rąk syna jego wydawcy, prawdopodobnie nie mielibyśmy okazji cieszyć się żadną z historii, jakie napisał ten niezwykle zdolny oksfordzki profesor. Nie będę Was zachęcać do przeczytania tej książki, bo jest to kanon literatury brytyjskiej i światowej, ale chciałabym byście spróbowali zobaczyć w niej coś więcej niż tylko bajkę na dobranoc, jak wiele osób ma w zwyczaju mówić o „Hobbicie”. I jeśli Wam się spodoba, wybierzcie się wraz z Bilbem, Gandalfem i kompanią Thorina Dębowej Tarczy na wyprawę, która sprawi, że wasze życie stanie się może troszkę mniej zwyczajnie niż jest do tej pory.

Życząc Wam zaczytanej niedzieli, żegnam się.

Meg.

P.S. Ah!! Prawie zapomniałam… Jak wiecie, „Hobbit” został też zekranizowany. I co ciekawe nie jest to tylko jeden film a aż 3! Jak dla mnie to stanowczo za dużo na tak cienką książeczkę, no ale cóż. Fani twórczości Petera Jacksona na pewno mają gratkę, natomiast fani prozy mistrza Tolkiena jedyne co czują to lekkie zniesmaczenie. Osobiście uważam, że filmy były przydługie i brakowało im tej magii, którą posiadały filmy na podstawie „Władcy Pierścieni”, o którym też wspomnę w najbliższych notkach. Ale oczywiście obejrzałam je wszystkie. I śmiało mogę powiedzieć, że film pomimo mistrzowskich efektów wizualnych, wspaniałych widoków wprost z raju na Ziemi jakim jest Nowa Zelandia, przepięknej muzyki i doskonałej grze aktorskiej nie podbił mojego serca w takim stopniu, jak zrobiła to pierwsza trylogia na postawie „Władcy Pierścieni”. Wiele osób może mnie za to znienawidzić ale niestety „Hobbita” akceptuję jedynie jako książkę. A filmy… Cóż. Można obejrzeć dla rozrywki. Zostawiam Wam do nich trailery, jeśli jesteście ciekawi:

Książki

Episode 29: ” D.R.E.S.Z.C.Z jest dobry… Witaj w Strefie, sztamaku” czyli o Więźniu Labiryntu James’a Dashnera.

P1210548

Autor: James Dashner

Tytuł: „Więzień Labiryntu”, „Próby Ognia”.

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc.

Thomas budzi się w ciemnej windzie i jedyne, co pamięta to swoje imię. Nagle otwierają się drzwi a jego oczom ukazuje się grupa nastoletnich chłopców, która wita go w Strefie – przestronnej polanie, otoczonej wysokimi murami, za którymi znajduje się przerażający labirynt. Żaden ze Streferów nie wie, dlaczego się tu znalazł i kto ich tu wysłał.  Czują jednak, że ich obecność nie jest przypadkowa i każdego ranka próbują znaleźć odpowiedź, przemierzając korytarze otaczającego ich labiryntu. Jednak ta droga nie jest łatwa, bowiem labirynt skrywa swoje okrutne tajemnice. Kiedy następnego dnia do Strefy po raz pierwszy zostaje dostarczona dziewczyna z tajemniczą wiadomością, wszyscy mieszkańcy zaczynają przeczuwać, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. Thomas podświadomie czuje, że to właśnie on i dziewczyna są kluczem do rozwiązania zagadki Labiryntu i znalezienia wyjścia. Ale z każdą chwilą czasu na to jest coraz mniej, a pytań wciąż więcej.

Dlaczego w ogóle znaleźli się w Strefie? Kto ich tutaj przysłał i dlaczego skazał ich na życie w ciągłym strachu? Czy faktycznie Thomas i nieznajoma są kluczem do wydostania się z tego dziwnego miejsca?

Lecz to nie koniec historii. Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania. Thomas był przekonany, że jeśli Streferzy zdołają się wydostać, odzyskają swoje dawne życie.
W Strefie życie było łatwe. Było jedzenie, schronienie i względne bezpieczeństwo.  Ale w świecie poza nią, koniec został zapoczątkowany już dawno temu.
Zniszczona przez zmutowany wirus- Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia stała się krainą występku, penetrowaną przez Poparzeńców, czyli ludzi, których dotknął ten straszny i nieuleczalny wirus.
Dlatego Streferzy wciąż nie mogą przestać uciekać. Zamiast upragnionej wolności, muszą stawić czoła jeszcze jednej próbie. Muszą przejść przez najbardziej spaloną część świata i dotrzeć do celu w ciągu dwóch tygodni.
Ale DRESZCZ przygotował im na tej drodze wiele niespodzianek. Wiele krwawych niespodzianek…
Thomas może tylko zastanawiać się, czy sekret do wolności tkwi w jego głowie, czy też na zawsze będą zdani na łaskę DRESZCZU…

Cała seria jest bardzo dynamiczna i czytelnik nie może się oderwać ani na chwilę, by nie stracić ważnego wątku. Gdy czytałam pierwszą część, odniosłam wrażenie, że sama jestem częścią Strefy i próbuję odnaleźć wraz z Thomasem prawdę na temat Labiryntu. Powieść utrzymana jest w klimacie tajemnic, ciągłych pytań i odpowiedzi, które szokują, powodując nie zawsze przemyślane ruchy bohaterów. Z każdą kolejną stroną, przywiązujemy się do poszczególnych mieszkańców Strefy. Gdyż każdy z nich ma do opowiedzenia własną historię. Jednak najbardziej uwaga skupia się na Thomasie i jego relacjach z pozostałymi, co sprawia, że jesteśmy świadkami narodzin niezwykłych przyjaźni między chłopcami, których różni praktycznie wszystko. Jednym z moich ulubionych Streferów jest Minho, którego kapryśność i sarkazm wprowadza niezwykły klimat do całej powieści. Jest to jedna z tych postaci, które pamięta się długo po przeczytaniu książki.

W mojej opinii, warto sięgnąć po tą książkę, gdyż ma w sobie wszystko to, co dobra, dystopijna powieść powinna mieć: bohatera, który buntuje się przeciwko systemowi, system, który próbuje wmówić bohaterom, że to co robi jest dla ich dobra oraz tajemnice, które zmieniają życie wszystkich. A specyficzny slang, jakim posługują się Streferzy, nadaje jej indywidualności.

Słyszałam wiele niepochlebnych opinii na temat tej serii, właśnie przez to, że niby język i styl jest do bani. Według mnie, to właśnie on sprawia, że ta opowieść jest wyjątkowa, lecz nie dla wszystkich. Jest to jedna z tych książek, które zwykle czytają chłopcy. Ale z czystym sercem mogę powiedzieć, że mnie się ona bardzo podobała a nawet kilkakrotnie się wzruszyłam przy końcówkach lub przy śmierci niektórych bohaterów. Dlatego, jeśli lubicie historie z motywami dystopii, serdecznie polecam.

Pozdrawiam niedzielnie,

Meg.

P.S. O mały włos bym zapomniała! Oczywiście ta seria została zekranizowana. Poniżej zostawiam Wam linki do trailerów. Premiera drugiej części, będzie miała miejsce 18.09! Więc spodziewajcie się mojej recenzji na blogu 🙂 .

Bez kategorii

Episode 28 : „Zlot Nocnych Łowców” czyli wesołe przygody w Poznaniu.

Witajcie we wrześniu!

Słodki Spardo… Wrzesień… Tak, to już! Zaczyna się nowy rozdział. Był zastój i stagnacja a teraz czas na robotę. So… Na początek mam dla Was relację z III Ogólnopolskiego Zlotu Nocnych Łowców. Impreza odbyła się już po raz drugi w Poznaniu. Tym razem zamiast Targów Poznańskich, mieliśmy do dyspozycji przestronną salę konferencyjną w jednym z hoteli. Bawiło się tam ponad sto dwadzieścia osób więc myślę, że można ten ewent zaliczyć do udanych. Organizatorkami Zlotu były adminki strony Świat Nocnych Łowców na Facebooku. Jak już wspominałam wcześniej. Nocni Łowcy są wytworem wesołej twórczości Cassandry Clare, amerykańskiej pisarki. A jak możecie zauważyć na zdjęciach poniżej, fani lubią przebierać się za jej postaci. Szczerze to, bawiłam się super dzięki niezwykłym ludziom, jacy zawitali na Zlot. Przede wszystkim byli do zlotowicze z I i II edycji imprezy ale też nowi, którzy przybyli na Zlot po raz pierwszy. Pod względem organizacyjnym, dziewczyny jeszcze muszą się trochę ogarnąć ale idzie ku lepszemu na pewno. Jeśli będzie IV edycja i będę wtedy w Polsce, to na pewno się wybiorę. 🙂

Poza Zlotem, były tańce, hulańce, swawole na Rynku w Poznaniu, karaoke i podziwianie wschodu księżyca <3. Najpiękniejsze wspomnienia z naprawdę wspaniałymi ludźmi, tylko szkoda, cholera że tak krótko.

Pozdrawiam wtorkowo,

Megu.