Książki

Episode 11: Time to pass the Iron Trials… Coś o magii, dorastaniu i sarkaźmie.

20578940

Tytuł : ” Magisterium: The Iron Trial”/ „Magisterium: Próba Żelaza”

Autor: Holly Black i Cassandra Clare

Wydawnictwo: Albatros.

Na początek słów kilka o samej książce.
Jest to historia opowiedziana trzecioosobową narracją ale z punktu widzenia młodego Calluma Hunta, który za wszelką cenę stara się nie zdać egzaminu, który jest nazywany Żelazną Próbą. Większość jego rówieśników, dałaby się pokroić by móc do niego przystąpić ale nie Call. Dlaczego, zapytacie? Gdyż Call był bardzo nieufny w stosunku do wszystkiego, co magiczne. Jego mama została zabita przez jednego z Magów a ojciec ostrzegł go, że Magisterium, szkoła w której uczą się przyszli Magowie, jest śmiertelną pułapką. Pomimo wszelkich starań, niestety dla naszego młodego bohatera, zdaje on najlepiej ów egzamin i dostaje się pod opiekę Mistrza Rufusa, wraz z dwójką innych adeptów – Tamarą i Aaronem. Gdy rozpoczyna swój pierwszy rok nauki w Magisterium, zdaje sobie sprawę jak mało wie na temat swojego dziedzictwa i z każdym kolejnym dniem odkrywa nowe tajemnice i stawia jeszcze więcej pytań niż na początku.
Czytając tę książkę, nie mogłam się nie doszukiwać porównań do „Harry’ego Pottera”. Było w niej bardzo wiele elementów, które jak nic przypominały mi historie o młodym czarodzieju, które czytywałam jak byłam młodsza i do których też często wracam nawet teraz. Jednak nie uważam tej opowieści za plagiat. Broń Boże! Jestem daleka od tego, a nawet śmiem twierdzić, że ów książka jest niezwykle ciekawą interpretacją magicznego świata przedstawionego przez panią Rowling. Czytając ją, wczuwałam się w losy bohaterów, którzy są niesamowici, a przyjaźń między głównymi postaciami jest czymś, co obserwuje się z niekrytą fascynacją. Cassandra Clare, której twórczość znam bardzo dobrze, potrafi wyczarować wspaniałe postaci, w których można się zakochać od pierwszej strony. Ich cięte języki, zabawne komentarze i dwuznaczne sytuacje, w których się znajdują, sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie. Czytając tę książkę, przeniesiecie się w mroczny świat magii, tajemnic i intryg, które pod sam koniec będą sprawiać, że z zapartym tchem będziecie śledzić losy bohaterów.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że ta książka zrobi na mnie aż tak pozytywne wrażenie. Byłam raczej sceptycznie nastawiona, a teraz z niecierpliwością czekam na kolejny tom, który ma się ukazać już wkrótce.
Jeśli lubicie magię, tajemnice i sarkastycznych bohaterów, to ta książka jest zdecydowanie dla Was. Polecam.

Film

Episode 10: Vampires, suck? Not this time!

Dzień dobry, cześć i czołem!
Witam Was w piękny, wtorkowy poranek. Ostatnio mam jaką dziwną „fazę” na dodawanie recenzji/opinii filmowo-serialowych, więc przed Wami kolejna porcja mojego subiektywnego biadolenia.

Film, o którym dzisiaj Wam opowiem nosi tytuł: „Akademia Wampirów” i tak, nie mylicie się, jest to adaptacja książki. Z góry przyznaję się, nie czytałam tej książki, więc moja opinia będzie bazowała tylko i wyłącznie na tym, co zobaczyłam. Zacznę może od krótkiego streszczenia. Są dwie główne bohaterki: Rose i Lissa. Jedna z nich jest wampirem z królewskiego rodu a druga jej opiekunem ( coś w rodzaju bodyguarda). Gdy je poznajemy, dowiadujemy się, że rok wcześniej uciekły z Akademii Wampirów i czeka je za to jakaś tam kara. Splot różnych wydarzeń sprawia, że dostają tylko reprymendę i wracają do szarej rzeczywistości szkoły średniej. Oczywiście każda z nich ma swoje zadania. Jedna uczy się magii a druga sztuk walki. Ogólnie rzecz biorąc, film ukazuje życie dwóch nastolatek w liceum, które muszą borykać się z różnymi problemami związanymi z tym okresem życia. Jednak Lissa nie jest tylko zwyczajną uczennicą. Jest też ostatnią ze swojego rodu i ma w przyszłości zostać królową. Co też przysparza jej wielu wrogów, tak jak przyjaźń z Rose. Nie mogło też zabraknąć wątku nastoletnich miłości i ogólnego szczęśliwego zakończenia, ale cóż. Ten obraz jest wybitnie rozrywkowy, dlatego nie spodziewałabym się tu większego wysiłku intelektualnego jeśli chodzi o jego treść.
Pomimo, że zajęło mi ponad rok przekonanie się do tego film, stwierdzam, że było warto. Szczerze powiedziawszy nie mogę wyjść z szoku, że okazał się on naprawdę dobry. Nie tylko pod względem treści ale i aktorsko był zagrany bardzo naturalnie. Zwłaszcza muszę tutaj pochwalić Dominica Sherwooda ( Chrisitian), który był bardzo naturalny w swojej roli oraz Zoey Deutch ( Rose), która wprowadziła bardzo zabawne momenty do całego filmu.
Wątek nadprzyrodzonych mocy, złych wampirów i ogólnego ” ble, ble, ble, I’m gonna eat you”, został ładnie zakamuflowany za historią rodem z amerykańskich teen films. I tutaj gratulację dla twórców, że udało im się to zrobić w taki sposób, że wyszło z tego coś, co dało się oglądać, miało humor na poziomie wyższym niż bym się mogła spodziewać i spodobało mi się, mimo że nie lubię amerykańskich komedii.
Jeśli macie ochotę zobaczyć trailer, to na dole macie link. Tylko uczciwe mówię, nie sugerujcie się nim.

Film

Episode 9 : Avengers… (to be continued) czyli posłowie o nowej superprodukcji wytwórni Marvela.

Nie ukrywam, że czekałam na ten film z niecierpliwością. Ba, można nawet stwierdzić, że „jarałam się nim, jak Reksio szynką”. Z racji tego, że wręcz uwielbiam produkcje Marvela, to moja ekscytacja była zrozumiała. Lecz nie śledziłam nowych trailerów ani klipów, gdyż nie chciałam sobie psuć filmu. Zobaczyłam może jedną, krótką zajawkę i to wszystko. Wówczas mój poziom ekscytacji spadł do skromnego stwierdzenia: no, co ma być, to będzie. Zobaczymy. No i zobaczyłam. A to, czym mnie zbombardowano z ekranu, jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyło, ale może od początku. Scena otwierająca film była jak dla mnie trochę za długa i miałam wrażenie, że do końca nie przemyślana. Co prawda, można było się domyśleć, że miejsce, w którym znajdowali się Avengers będzie istotną częścią całego filmu, lecz cały kontekst był… No… Trochę pogubiony. Przynajmniej takie było moje osobiste wrażenie. Co ratowało to otwarcie? Oczywiście bezbłędne dialogi, zwłaszcza między Iron Manem a Kapitanem Ameryką. Ogólnie rzecz biorąc, film rozwijał się bardzo płynnie, choć nie ukrywam, że w pewnych momentach zastanawiałam się, o czym jest mowa ( choć wcześniej obejrzałam wszystkie dotychczasowe filmy, by wiedzieć, o co chodzi i nie mieć wrażenia, że coś mnie ominęło). Być może była to wina kiepskiego nagłośnienia w kinie, bo naprawdę musiałam się wysilać by cokolwiek usłyszeć poza boom boom pow! Jeśli chodzi o grę aktorską, to z przykrością muszę stwierdzić, że Chris Hemsworth ( Thor) i Chris Evans ( Cap. America) w tym filmie byli tak drewniani w niektórych momentach, że myślałam, że ktoś ich autentycznie podmienił. Najbardziej zawiodłam się na Thorze, który zdawał się być w tym filmie tylko dlatego, bo tak było w scenariuszu. Niektóre jego dialogi i sceny były po prostu, za przeproszeniem, trochę z dupy wzięte. Smutne, bo w poprzednich filmach, wszystko fajnie było zgrane, a w tym… Nie do końca. Robert Downey Jr. jak zwykle wypadł genialnie w roli Iron Mana. Jego cięte riposty i zabawne wstawki, sprawiały, że film zyskiwał w moich oczach jeszcze bardziej. Bardzo podobał mi się też wątek Hawkeye’a, choć był on też tak wrzucony do filmu trochę z doskoku. Jednak motyw z Natashą i Bruce’m… Boże, nie. NIE! I jeszcze raz nein. To było tak potrzebne, jak rybie ręcznik, no ale skoro producenci stwierdzili, że będzie to dobry pomysł, to ja się kłócić nie będę… Choć mi się on kompletnie nie podobał i zburzył mi moją wizję Czarnej Wdowy. Ale może ja się nie znam. Cóż.
Jak przystało na tego typu produkcję, to standardowo nie zabrakło naprawdę widowiskowych efektów specjalnych i wizualnych, lecz trochę za dużo było scen walki w zwolnionym tempie, jak na moje oko. I ogólnego wow, wow jacy to my jesteśmy super i fajni. Ale jest to film o superbohaterach, dlatego można na takie rzeczy przymknąć oko. Co do nowych postaci, to muszę przyznać, że spodobały mi się. Zwłaszcza Vision, którego zagrał Paul Bettany. Ultron, jako to „złe alter ego Tony’ego” wypadł rewelacyjnie, więc szacun dla Was, Marvel za przeniesienie komiksowego antagonisty do filmu w tak fajny sposób.
Podsumowując moje wypociny, stwierdzam, że film był nie najgorszy. Spodziewałam się, że urwie mi tylną część ciała, a po seansie odczułam potworny niedosyt. Końcówka była jak dla mnie totalnie bezsensu. Cóż. Może za bardzo się nastawiłam na jakieś cuda i dlatego teraz nie mam zbyt dobrego zdania o tym filmie. Tradycyjnie, po napisach końcowych, była dodatkowa scena, która miała być „zajawką” kolejnego filmu. Szczerze? To w tym wypadku totalnie zepsuli ten koncept. Dziesięć sekund niebieskiego stworka, mówiącego : ” OK, let me try this” czy coś podobnego, nie podlega nawet pod miano „zajawki”. Chciałam napisać na koniec coś pozytywnego, ale niestety nic nie przychodzi mi do głowy, poza stwierdzeniem, że „Avengers: Age of Ultron” był filmem przeciętnym. Zabawnym, z zachowanym swego rodzaju klimatem, jednak pozostawiającym w widzu uczucie niedosytu i pewnego rodzaju rozczarowania, jeśli nastawił się na „coś więcej”, tak jak ja.

Książki

Episode 8: „Angelfall” czyli opowieść o końcu świata z aniołami w tle.

6a013487de8961970c01bb08184ce2970d-250wi 02-580

Tytuł: „Angelfall: Penryn i Opowieść o końcu świata”, ” Angelfall: Penryn i Świat Po”. / (Angelfall, World After)

Autor:  Susan Ee.

Wydawnictwo: Filia/Skyscape.

„Aniele, stróżu mój… szeptaliśmy przez setki lat. Myliliśmy się. Teraz to właśnie ONE okazały się naszym największym koszmarem.

Pewnego dnia, wybrałam się do jednej bardzo znanej sieci księgarń w celu zakupienia, jak to nazwałam, „jakiejś ciekawej książki”. Przeglądając półki z setkami tytułów i zachęcających okładek, natknęłam się na jeden, który wydał mi się interesujący. Obejrzałam książkę i odłożyłam ją z powrotem na półkę. Kilka dni później weszłam do kolejnej znanej księgarni, gdzie bardzo miły pan podszedł do mnie i zapytał, czy w czymś nie pomóc. Na co odpowiedziałam, ze szukam czegoś ciekawego do poczytania. Pan uśmiechnął się szeroko i wręczył mi tę samą książkę, którą ja poprzedniego dnia odłożyłam na półkę i stwierdził: ” Nie pożałuje pani”. Pomyślałam wtedy, „zobaczymy”.

Gdy tylko wyszłam z rzeczonej księgarni i wsiadłam do autobusu, zaczęłam czytać. I nim się obejrzałam,  byłam prawie w połowie książki, a nie minęła nawet godzina od momentu, w którym ją zakupiłam. Historia opowiadana jest przez główną bohaterkę, Penryn Young, która w bardzo obrazowy i dokładny sposób opisywała wszystko to, co działo się wokół niej. Czytając te opisy, miałam wrażenie, że znajduję się razem z nią w Krzemowej Dolinie i walczę o przetrwanie. Świat, w którym żyje Penryn jest inny od tego, który znamy. Opustoszałe ulice, pełne roztrzaskanych telefonów komórkowych i otwartych na oścież samochodów, których nikt nie rusza. Spalone miasto, niegdyś wspaniale prosperujące, teraz przypominające ruinę. Ludzie, chowający się w najmniejszych dziurach w obawie przed atakiem… Atakiem? Ale kogo? A no właśnie… Atakiem Aniołów. Pewnego dnia, trzy miesiące przed wydarzeniami, o których opowiada nam Penryn, ludzie zestrzelili dowódcę aniołów, Gabriela. I od tamtego momentu, na świece nastała apokalipsa. A teraz? Teraz każdy walczy o przetrwanie. Penryn i jej rodzina również. Chroniąc się przed gangami, plądrującymi miasto, dziewczyna jest świadkiem dość osobliwej sceny. Czwórka wspaniałych, skrzydlatych mężczyzn, walczących ze sobą zażarcie. Nagle jednego z nich pozbawiają skrzydeł. I wtedy to Penryn popełnia błąd. Próbuje mu pomóc, nie myśląc o konsekwencjach, które później okazały się dla niej najgorszym koszmarem. Jej młodsza, niepełnosprawna siostrzyczka zostaje porwana, a ona została sama z rannym Aniołem, którego powinna była od razu sprzedać na części… Lecz wtedy odnalezienie jej siostry spadałoby do zera. Penryn decyduje się pomóc Aniołowi, który na początku nie okazuje zbyt wielkiego entuzjazmu. Jednak wie, że bez jej pomocy, nie uda mu się odzyskać dawnej mocy.

Intensywna, pełna zaskakujących zwrotów akcji i intryg historia młodej dziewczyny, walczącej o przetrwanie w czasie apokalipsy. Pełna zabawnych dialogów i ciekawych bohaterów, którzy muszą podejmować bardzo ciężkie decyzję w imię wyższego dobra.

Muszę przyznać, że czytając pierwszy tom, nie mogłam się oderwać. A zakończenie sprawiło, że szczęka upadła mi na podłogę. Dawno nie czytałam tak dobrze napisanego thrillera w post-apokaliptycznym klimacie.

W drugim tomie, zatytułowanym ” Świat Po„, znów spotykamy Penryn, tym razem w zupełnie innych okolicznościach. Po wydarzeniach z pierwszego tomu, dziewczyna trafia ponownie pod opiekę Ruchu Oporu, gdzie wcześniej wraz ze swoim anielskim towarzyszem, Raffem, spędziła kilka tygodni. Tym razem członkowie zebrali się w starej, opuszczonej szkole. Po ataku na gniazdo aniołów, wszyscy obawiają się ich odwetu. Aniołowie wiedzą, że z ludźmi nie warto zadzierać i że potrafią odeprzeć atak. Penryn jednak ma teraz o wiele większe zmartwienia. Musi zapanować nad siostrą, która pod wpływem dziwnych eksperymentów Aniołów stała się… Potworem. Po jej spektakularnej ucieczce z obozu, dziewczyna postanawia ją odnaleźć a co za tym idzie, znowu będzie musiała stawić czoło tym, którzy tak bardzo skrzywdzili jej małą siostrzyczkę. Ta część, tak samo jak i poprzednia przepełniona jest nieoczekiwanymi zwrotami akcji, choć nie ma już tak wielu dowcipnych dialogów, jak w pierwszej części, pod koniec emocje sięgają zenitu. Plan Aniołów zostaje ujawniony, a Penryn zdaje się być w samym środku politycznych rozgrywek między najwyższymi z nich. Spotyka Raffego, który był święcie przekonany, że dziewczyna umarła i razem starają się powstrzymać Uriela ( jednego z przeciwników Raffego) przed realizacją jego podstępnego planu. Lecz znów, Susan pozostawiła pewnego rodzaju niedopowiedzenie na końcu drugiego tomu, co sprawiło, że teraz z niecierpliwością czekam na trzecią część, która ma być dostępna już za 10 dni!

Z czystym sercem mogę polecić obie książki. Na pewno każdy znajdzie w nich coś dla siebie.

Megan.